Dzieci utracone

dzieci_utracone

Ciąża dla wielu kobiet to niesamowity okres. Już od samego początku do przyszłej mamy dociera cała gama uczuć począwszy od wielkiego szczęścia po narastający niepokój. Im bliżej terminu rozwiązania lęk i obawy zwiększają się, bo bardzo często kobiety boją się nie tylko przebiegu samego porodu, ale także tego czy dziecko, o które dbały przez dziewięć miesięcy, przyjdzie na świat zdrowe i bez komplikacji.

Utarło się przekonanie, że poród jest procesem fizjologicznym i jeśli nie ma komplikacji, a cały okres ciąży przebiegał prawidłowo, to w większości przypadków nie należy spodziewać się komplikacji. Niestety zdarzają się również przypadki, że pomimo zdrowej ciąży i sprzyjających warunków, dziecko rodzi się martwe. Wtedy zaczynają mnożyć się pytania, dlaczego tak się stało i kto za to jest odpowiedzialny. Bardzo często słyszymy, że za śmierć dziecka odpowiedzialny bywa personel szpitala, bo ktoś nie dopełnił swoich obowiązków lub zwlekał z podjęciem odpowiednich decyzji zbyt długo. Do takich sytuacji dochodzi w szpitalach w całej Polsce. Niestety takie przypadki zdarzają się również w Szpitalu Powiatowym w Sochaczewie.

I takie niepokojące sygnały od kobiet, które straciły dziecko, zaczęły również docierać do naszej redakcji. W większości przypadków są to kobiety, które trafiły do szpitala, aby urodzić swoje wymarzone dziecko, ale coś poszło nie tak, jak powinno. Pozostaje ogromna pustka, brak, którego nic nigdy nie zastąpi. Kobiety muszą zmagać się z ogromną traumą, popadają w depresję, nie widzą sensu dalszego życia. Większość nie chce rozmawiać o tym temacie, woli zapomnieć. Ale są panie, które chcą walczyć i poznać odpowiedź, kto winny jest śmierci ich dziecka.

Kornelka rozwijała się dobrze

Jedną z takich kobiet jest Katarzyna Mokrzanowska-Malińska, która jest mamą dwóch wspaniałych chłopców, ale chciała mieć jeszcze córeczkę. Jakże wielkie było jej szczęście, gdy marzenie miało się spełnić. Dziewięć miesięcy ciąży minęło, a pani Kasia nie lękała się porodu, rodziła już wcześniej dwa razy, i nie było żadnych przeciwwskazań aby się czegokolwiek się bać. Termin wyznaczony był na 10 marca, w czwartek 9 marca pani Katarzyna pojechała na badania do szpitala. Wykonano jej badanie KTG. Wszystko było w porządku. Lekarz zalecił, aby w weekend wybrała się na spacer, bo to przyspieszy poród i będzie on łagodniejszy. W nocy z 11 na 12 marca kobieta poczuła pierwsze skurcze. W niedzielę rano, tuż po 8.00, przyjechała z mężem do Szpitala Powiatowego w Sochaczewie; okazało się, że jest jedyną rodzącą w tym dniu. Po przyjęciu na oddział położna zbadała pacjentkę oceniając, że będzie to szybki poród, bo już są 2 cm rozwarcia, a szyjka ładnie pracuje przy skurczach. Zrobiono również badanie KTG, którego zapis był prawidłowy. Przyszli rodzice zostali zaprowadzeni do sali porodów rodzinnych. Skurcze stawały się coraz intensywniejsze i rozwarcie rosło. O 11.20 położna podłączyła ponownie aparaturę do zapisu KTG i zostawiła przyszłych rodziców samych. Pani Kasia wspomina, że leżała na lewym boku, więc nie mogła widzieć zapisu KTG, obserwował jej mąż, ale jako osoba widząca pierwszy raz na oczy taki zapis nie wiedział, jak go interpretować. O 11.50 rodząca poczuła gwałtowny ból, nastąpił również gwałtowny skok tętna dziecka. Mąż Pani Kasi sprowadził położną i wtedy zaczęło się zamieszanie, a położna sprawdzająca spadające tętno dziecka w kółko powtarzała „o co tu chodzi?”. O 12.00 do rodzącej przybyła dyżurująca lekarka. Zaczęły się badania, mijał czas.

15 minut później podjęto decyzję o przeprowadzeniu cesarskiego cięcia. Potem na sali pojawił się anestezjolog, aby przeprowadzić wywiad o stanie zdrowia pacjentki. Sama badana nie rozumie, po co tracono czas i pytano ją o to samo, co wypełniała w izbie przyjęć. Następnie rodzącą zaprowadzono do sali cięć i wykonano znieczulenie podpajęczynówkowe. Pani Kasia wspomina, że cały zabieg odbywał się ciszy, nikt jej ani męża o niczym nie informował. – Po wszystkim zapytano nas tylko, czy wybraliśmy imię dla dziecka, bo trzeba je ochrzcić. Potem przyszła pani doktor i powiedziała nam „co mogę państwu powiedzieć…” i zamilkła, a dla nas to był koszmar, bo dowiedzieliśmy się, że straciliśmy naszą maleńką wyczekaną córeczkę – opowiada pani Katarzyna. Dziecko z brzucha zostało wyjęte o 12.35, czyli po 45 minutach od pojawienia się zakłóceń w tętnie i silnego bólu skurczowego u pacjentki. Sekcja wykazała, że odkleiło się łożysko i prawdopodobnie dziecko zadusiło się. Mała Kornelka miała 3,43 kg i 56 cm. Jest duże prawdopodobieństwo, że gdyby decyzja o cesarskim cięciu została podjęta szybciej, dziewczynka dziś by żyła.

Sprawa trafiła do Prokuratury

Sprawa dotycząca śmierci noworodka najpierw została zgłoszona do Prokuratury Rejonowej w Sochaczewie. Z informacji uzyskanych od prokurator Joanny Szymaniak wiemy, że Prokuratura wszczęła śledztwo, które jest prowadzone w przedmiocie czynu z artykułu 160 paragraf 2 kodeksu karnego w zbieżności z artykułem 155 kodeksu karnego w związku z artykułem 11 paragraf 2 kodeksu karnego. Postępowanie w celu dalszego prowadzenia zostało przekazane do Prokuratury Regionalnej w Łodzi. Postanowiliśmy więc tam poszukać odpowiedzi. Skontaktowaliśmy się z rzecznikiem prasowym Krzysztofem Bukowieckim, który poinformował nas, że śledztwo pozostaje w toku i jest w dalszym ciągu w fazie „in rem”, czyli jest to postępowanie przygotowawcze – pierwszy etap postępowania karnego w sprawie, a nie przeciwko konkretnej osobie (ad personam).

Obecnie prokurator uzyskał stosowne postanowienia sądu umożliwiające przesłuchanie w charakterze świadków lekarzy, które to czynności planowane są w najbliższym czasie. Nadto uzupełnienia wymaga opinia wydana przez biegłych po przeprowadzeniu sekcji zwłok, o co prokurator się zwrócił, zachodzi także potrzeba uzyskania dokumentacji medycznej z innej placówki medycznej. Po uzyskaniu tych dokumentów, jak również przesłuchaniu lekarzy, prokurator planuje powołanie biegłych w celu wypowiedzenia się co do prawidłowości postępowania w niniejszej sprawie.

To nie jest odosobniony przypadek

Nie jest to jednorazowy przypadek, kolejny to przykład Weroniki Łętowskiej, która twierdzi, że musiała rodzić w zwykłej sali szpitala w Sochaczewie bez opieki lekarzy. Zastanawia się, czy gdyby od początku miała należytą opiekę, to jej dziecko dziś by żyło. Przyszło na świat zdecydowanie za wcześnie, w 20. tygodniu ciąży. W szpitalu pomylono jego płeć. Pani Weronika sądziła, że pochowała na cmentarzu chłopca, później okazało się, że była to dziewczynka. 29 września 2015 roku w 20. tygodniu ciąży pani Weronika poczuła silne skurcze, wezwała karetkę. Trafiła do szpitala w Sochaczewie. O 14.00 zrobiono jej USG. Dziecko żyło. Lekarz poinformował państwa Łętowskich, że dziecko jest w jak najlepszym stanie, że serduszko bije, dziecko rozwija się dobrze, a nie wiadomo od czego są te krwawienia. Potem mąż pani Weroniki pojechał zająć się pozostałymi w domu dziećmi. Dwie godziny po tym, jak pojechał do domu, w szpitalu rozegrał się dramat. Może trwało to dziesięć minut, jak kobieta urodziła sama, a z personelu nie było nikogo. Świadkiem miała być kobieta, która była na tej samej sali co pani Weronika. To właśnie ona zaczęła krzyczeć, żeby ktoś pomógł rodzącej. – Poszła po położną, która była w pokoju zabiegowym. Niestety położna podobno powiedziała, że nie ma teraz czasu i zostawiła kobiety same. Nie było żadnej pomocy – mówi pani Monika, która przebywała w szpitalu w Sochaczewie z panią Weroniką. – Leżałam w tej krwi, gdy przyszła doktor z wielkim „halo”, że w majtkach rodzę. Kazała mnie jak najszybciej przewieźć na salę zabiegową. Robiła mi łyżeczkowanie „na żywca”, żeby było jak najszybciej. Wszystko czułam– mówiła pani Weronika. Lekarz poinformował państwa Łętowskich, że urodził się chłopiec. Rodzice nadali mu imię Piotr i pochowali na cmentarzu w Sochaczewie. Jednocześnie złożyli do prokuratury zawiadomienie o nieudzieleniu pomocy pani Weronice przez personel szpitala w Sochaczewie. Śledczy zdecydowali o ekshumacji zwłok dziecka. Sekcja wykazała, że była to dziewczynka. Prokuratura umorzyła postępowanie w sprawie narażenia pani Weroniki na niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia. Ale państwo Łętowscy nie poddają się. Małżeństwo zgłosiło sprawę do wojewódzkiej komisji do spraw orzekania o zdarzeniach medycznych.

Całkiem możliwe, że podobnych przypadków, gdybyśmy zaczęli głębiej szukać, znalazłoby się więcej. Kobiety, które wolały pozostać anonimowe, skarżyły się na brak empatii dla kobiet, które straciły dziecko ze strony lekarzy z oddziału ginekologiczno-położniczego. Bardzo wiele pań uskarża się na standardy opieki okołoporodowej, a także tej po porodzie.

Co na to szpital?

Postanowiliśmy się dowiedzieć co władze szpitala mają do powiedzenia o tych sprawach. Zapytaliśmy również o to, co aktualnie dzieje się na oddziale Ginekologiczno-Położniczym w Sochaczewie. Taką odpowiedź otrzymaliśmy od Piotra Szenka – dyrektora Szpitala Powiatowego w Sochaczewie.

„Proszę zwrócić uwagę, że w oddziałach Szpitala hospitalizowanych jest rocznie ponad 10 000 pacjentów, w tym w Oddziale Ginekologiczno-Położniczym rocznie odbywa się około 700 porodów i hospitalizowanych jest około 1200 pacjentek. W stosunku do liczby realizowanych świadczeń zdrowotnych ilość skarg pacjentów jest znikoma, a personel często spotyka się z pochwałami ze strony pacjentów. Jakość usług i przestrzeganie standardów opieki szpitalnej zostało również pozytywne ocenione i Szpital uzyskał akredytację Ministerstwa Zdrowia, a także certyfikat ISO 9001. Personel Szpitala realizuje więc procedury i standardy postępowania zgodne z obowiązującymi przepisami prawa oraz aktualną wiedzą medyczną. Przestrzeganie ich jest na bieżąco weryfikowane bezpośrednio przez osoby za to odpowiedzialne, w tym przez Ordynatorów Oddziałów.

W sprawach pacjentek, o które pytacie, przeprowadzono wewnętrzne postępowanie wyjaśniające, a sprawą zajęły się instytucje do tego powołane, w tym prokuratura. Z informacji, które posiadamy w jednej ze spraw Weroniki Łętowskiej, postępowanie prokuratorskie zostało umorzone Dla dobra prowadzonych spraw nie będziemy ich komentować. Pragniemy jednakże zapewnić, że realizujemy standardy opieki okołoporodowej, w tym w zakresie postępowaniach w przypadku zakończenia ciąży niepowodzeniem. Wszystkich pracowników Oddziału Ginekologiczno-Położniczego obowiązuje procedura postępowania w tym zakresie. Zawiera ona zapisy mające na celu ochronę i wszelką pomoc dla pacjentki i jej rodziny.

W toku wyjaśnień sytuacji w Oddziale Ginekologiczno-Położniczym ustalono, że nie ma podstaw do jakichkolwiek zarzutów w stosunku do personelu oddziału, a postępowanie w stosunku do pacjentek odbyło się zgodnie z aktualną wiedzą medyczną. Mamy świadomość, iż każda ze wskazanych sytuacji rzuca cień na pracowników Szpitala, jednakże należy stwierdzić, że dokładają oni wszelkich starań w uzyskaniu odpowiedniego poziomu świadczenia usług zdrowotnych i bezpieczeństwa swoich pacjentów. Sytuacja utraty dziecka jest niewątpliwie niezmiernie trudna dla ich rodzin, dlatego jest nam niezmiernie przykro w takich sytuacjach i personel oddziału niewątpliwie również wykazuje się empatią w stosunku do rodzin pacjentów dotkniętych taką sytuacją.

Sytuacja kadrowa w Oddziale Ginekologiczno-Położniczym jest trudna, ponieważ jak powszechnie wiadomo w Polsce występują braki kadrowe zarówno lekarzy, jak również pielęgniarek i położnych. Dodatkowo problemem stają się roszczenia płacowe pracowników medycznych oraz pomocniczych, których niestety ze względu na zbyt niskie finansowanie ochrony zdrowia szpitale nie mogą spełnić. Szpital zrealizował podwyżki dla personelu wynikające z obowiązujących przepisów prawa, które w 2017 roku stanowią koszt około 1 miliona złotych. Ponieważ szpitale nie dostały dodatkowych środków finansowych na wzrost wynagrodzeń dla pracowników, w konsekwencji pogorszy to sytuację finansową Szpitala”.

Utrata dziecka podczas porodu dla przyszłych rodziców zawsze będzie wielką tragedią. Dlatego tak wielu szuka odpowiedzialnych osób za ich nieszczęście. Wiele osób ma świadomość, że żadna, nawet najsprawiedliwsza kara, nigdy nie będzie odpowiednim zadośćuczynieniem. Ale świadomość, że winni poniosą karę, będzie pewnego rodzaju ukojeniem. Być może za parę lat te sprawy również zostaną rozwikłane.

Powiązane artykuły

1 komentarz

  1. Natalia :

    szpital w Sochaczewie to jakas masakra.trafilam na oddzial ginekologiczny 6 dni po terminie,3 dni pozniej podali mi oksytocyne w trakcie ktorej dziecku stanelo serce a Pani doktor patrzyła przez kilka minut i mowila poco plakac.nastepnego dnia obudzilam sie o 6 rano ze skurczami na ktg nic nie wyszlo wiec mnie nawet nie badali.jak wylam z bolu w koncu mnie zbadali stwierdzili ze mam “tylko” 3 i pol cm rozwarcia i mam sobie pospacerowac bo wcale nie rodze.Gdyby nie pielegniarka ktora chodzila co chwila do lekarzy i prosila zeby wzieli mnie na porodowke pewnie tez by sie to tak skonczylo.okazalo sie ze nie ma u mnie postepu porodu rozwarcie zatrzymalo sie na 3.5cm i ani drgnelo.dopiero po podaniu lekow rozkurczowych,podaniu oksytocyny i przebiciu pecherza plodowego udalo mi sie urodzic o godzinie 22.gdy potrzebowalam pomocy przy dziecku ktore nie spalo 2 noce przez kolki dostalam wiadomosc ze maja cc i nikt nie ma czasu mi pomoc po ponownym wezwaniu dzwonkiem Pani z łaską przyszla z pytaniem czy “to dziecko dalej mi placze”.spedzilam tam lacznie 9 dni i zapewne zdecyduje sie na kolejną ciaze dopiero jak bede w stanie zdecydowac sie na prywatna placowke

*

Podoba Ci się ten artykuł?
Nawet jeśli nie, to i tak możesz polubić profil Echa Powiatu, by zmobilizować do lepszej pracy naszych redaktorów :)