Dziewczyny za kółkiem

echopowiatu_dziewczyny_za_ (2)

Z Justyną Kożuchowską-Kiełbasą z Giżyc i Dorotą Pałubą z Teresina, dziewczynami, które prowadzą wielkie ciężarówki, rozmawiał w Radiu Sochaczew Michał Radkowski.

Obie kierujecie wielkimi maszynami, o których nie powinniśmy mówić TIR-y. Czemu?

Justyna Kożuchowska-Kiełbasa: TIR to skrót od międzynarodowej konwencji celnej TIR, upraszczającej procedury przewozu nieoclonych towarów przez kraje tranzytowe.

Czyli jak o wielkiej ciężarówce mówimy TIR, to nie jest to poprawne?

J.K-K.: Nie, to są zestawy drogowe, albo po prostu ciężarówki.

Dorota Pałuba: Wszyscy tak mówią, mimo że jest to niepoprawne. Generalnie kierowcy zawodowi, do których my też się zaliczamy, cały czas walczą o poprawne nazewnictwo. Choć nie ukrywajmy, ludziom łatwiej i krócej powiedzieć TIR niż zestaw drogowy czy ciężarówka z naczepą.

J.K-K.: Takie określanie jest wykorzystywane do tranzytu, gdy ciężarówki przejeżdżają ze wschodu na zachód lub odwrotnie. Ale nasze polskie ciężarówki w transporcie krajowym nie mają takich oznaczeń.

Jak to się stało, że wybrałyście sobie takie wielkie maszyny do prowadzenia?

D.P.: Obydwie pochodzimy z rodzinnych firm transportowych. W moim przypadku na początku jeździł tato, potem ja. Brata też udało mi się namówić do jazdy. Mama nie jeździ, choć potrafi przestawić ciężarówkę na placu. U Justyny było podobnie.

J.K-K.: Całe moje życie kręciło się wokół ciężarówek i tak już mi zostało. Gdy przychodziły wakacje, to tata zabierał mnie w trasę. I tak cały letni czas spędzaliśmy wspólnie w ciężarówce, objeżdżając Polskę.

D.P.: Możemy się przyznać, że tato sadzał nas na kolana, dał pokierować, a także pokazywał i tłumaczył nam, do czego służą poszczególne przyciski. Nasi rodzice lubili to, że my, jako ich dzieci, lubimy jeździć. U mnie w rodzinie nie było jakiegoś wielkiego rozróżnienia, czy jedzie syn czy córka, ale to ja zaraziłam się tym bardziej i zostałam zawodowym kierowcą.

A twój brat?

D.P.: Brat jest spedytorem w naszej firmie. Ma uprawnienia, ale niekoniecznie lubi jeździć.

echopowiatu_dziewczyny_za_ (1)

Co jest tak przyciągające, że zdecydowałyście się kierować tak wielkimi samochodami?

D.P.: Złapałam bakcyla, po prostu. Tak jak ludzie fascynują się skokami na bungee czy ze spadochronem, tak u mnie pojawiła się pasja do jazdy ciężarówkami.

Widziałem kiedyś, jak mój chrześniak, nastolatek, bawi się w grę komputerową, która polega na tym, że wciela się w kierowcę ciężarówki i jeździ tak przez całą Europę. Wszystko jest odwzorowane jeden do jednego. A zatem gracz czuje się jak prawdziwy kierowca, ma przed sobą trasy, które wyglądają jak prawdziwe. Kiedyś w to grałyście?

D.P.: Wiem, o jakiej grze mowa. Widziałam, jak panowie w nią grają, ale nigdy nie byłam fanką komputerów i wolę jeździć w prawdziwym, a nie wirtualnym świecie.

J.K-K.: Żadna gra nie odda tego, co można przeżyć w realnym świecie za kierownicą.

Podejrzewam, że taka praca do spokojnych nie należy. Pewnie jest w niej mnóstwo przygód i nieoczekiwanych sytuacji na drodze.

D.P.: Nieoczekiwaną sytuacją na drodze może być jakaś awaria, bo maszyny lubią się czasem psuć. Z mniejszymi usterkami obie potrafimy sobie poradzić.

A co to znaczy mniejsze awarie w przypadku większego auta?

J.K-K.: Czasem trzeba jakiś przewodzik zakleić.

D.P.: Gdzieś coś zagiąć, przełączyć. Bardzo często dzwonię to taty i mówię: „Tatuś ratunku, coś się popsuło”, a on przez telefon mi odpowiada: „Wiesz córciu, bo musisz położyć się pod naczepą, zagiąć przewodzik i dojedziesz do domku”.

Łapiecie gumę na trasie i co wtedy? Bo w przypadku osobówki, raczej każdy kierowca posiadający zapasowe koło i narzędzia, powinien sobie poradzić z wymianą. A przy tak dużej maszynie?

J.K-K.: Jeszcze nie miałam takiej awarii w trasie. Ale kierowcy z mojej firmy bardzo często do mnie dzwonią i informują, że nie mogą odkręcić koła. Wtedy szukam mobilnej wulkanizacji, która do nich dociera i usuwa awarię. I gdyby kiedyś przytrafiła mi się taka sytuacja, to też skorzystałabym z takiej usługi i wcale nie czułabym się gorsza.

D.P.: Ja także nigdy sama nie wymieniałam koła. Panuje dziś podział na dwie grupy kierowców. Ci pierwsi uważają się za lepszych, bo sami potrafią wszystko naprawić. A druga grupa twierdzi, że ma dobrego szefa, który – jeśli trzeba – to zapłaci za pomoc mobilną i dzięki temu nie muszą wchodzić pod samochód czy marznąć. Mnie się udało raz skorzystać z mobilnej pomocy, a był wtedy środek nocy. A drugi raz dojechałam do takiej stacjonarnej stacji napraw.

J.K-K.: Ale powiedzmy sobie szczerze, współczesne samochody są tak skomputeryzowane i naszpikowane czujnikami, że zwykle kierowca sobie sam nie poradzi. Dziś trzeba jechać na serwis, podłączyć samochód pod komputer. Elektronika bierze górę.

A co trzeba zrobić, aby usiąść za sterami takiej wielkiej maszyny?

D.P.: Przede wszystkim mieć prawo jazdy na kategorię C+E. Warto wiedzieć, że C jest tylko na samochód ciężarowy, natomiast C+E uprawnia nas do ciągnięcia przyczep. Justyna posiada również kategorię D i może prowadzić autobusy, a ja mam uprawnienia na motocykl.

Jako że jestem fanem komunikacji miejskiej, to muszę zapytać, czy prowadziłaś już autobus z pasażerami?

J.K-K.: Jeszcze nie. Autobusem jeździłam tylko na kursie. Ale myślałam o tym. Bardzo mnie ciągnie do rejsowych autobusów, które wyjeżdżają w zagraniczne trasy. Ale to może w przyszłości.

A ciebie fascynują motocykle?

D.P.: We mnie pasję do motocykli i ciężarówek zaszczepił tata. Tak się szczęśliwie złożyło, że mój mąż też uwielbia motocykle i dziś nie wyobrażam sobie wakacji bez motocyklowych wypadów.

Powiedziałyście mi, że umilacie sobie jazdę rozmowami telefonicznymi z kolegami. Korzystacie również z CB radia?

D.P.: Z reguły używam CB, aby zapytać o drogę. I kiedyś spotkała mnie śmieszna sytuacja. Byłam na Śląsku i pytam przez radio: „Panowie, na tym rondzie w lewo czy w prawo?” Odpowiadają, że w lewo. I tak objeżdżam rondo, patrzę w lewo, a tu zakaz tonażowy. Więc jeszcze raz włączam CB i odpowiadam: „Kolego, dziękuję ci bardzo, ale dużym jadę”. Mężczyzna, gdy słyszy przez radio kobietę, to już z góry zakłada, że jedzie samochodem osobowym.

Trochę się buntujecie, że mężczyźni traktują was gorzej jako kierowców ciężarówek. Ale czy faktycznie jeszcze was dziwi to, że inni dziwią się, gdy widzą kobiety kierujące ciężarówkami?

J.K-K.: Trochę mnie to dziwi, bo jest już całkiem sporo dziewczyn jeżdżących ciężarówkami. I widać je na drogach, więc myślę, że inni powinni uznać to za coś normalnego.

A czy wśród znajomych nie było zdziwienia, że zostałyście kierowcami dużej maszyny?

J.K-K.: Tak, było.

D.P.: Choć wielu bardziej podziwiało niż było zdziwionych. My mamy firmy rodzinne, więc to nie był żaden pomysł wzięty z kosmosu, że obudziłyśmy się rano i powiedziałyśmy, że zostaniemy kierowcami ciężarówki. Bo ta myśl dojrzewała w nas od dłuższego czasu, właśnie dlatego, że w takim środowisku się obracałyśmy i przejęłyśmy pałeczkę po rodzicach.

Organizowane są zloty kobiet kierujących ciężarówkami. Co tam się dzieje?

J.K-K.: To nie jest tylko zlot „bab za kółkiem”, bo na takie imprezy co roku do Opola przyjeżdżają kierowcy z całej Polski. Byłam na takim zlocie, ale nie spotkałam wtedy żadnej dziewczyny jeżdżącej ciężarówką.

B.P.: Monster Truck odbywa się w lipcu. To duża impreza i faktycznie jest tam specjalna strefa dla kobiet. Bardzo często obserwuję w mediach społecznościowych, co tam się dzieje, ale w lipcu wolę ten czas spędzić z mężem. Praca daje mi bardzo dużą satysfakcję. Robię to, co lubię. I nie jestem zmuszana do pracy biurowej, gdzie przesiedziałabym osiem godzin przed komputerem. We własnej firmie może czasem trzeba dłużej popracować, ale za to jest więcej frajdy. Nie czuję jakieś wielkiej potrzeby, aby jeździć na takie zloty, aby spotkać inne osoby jeżdżące ciężarówkami, bo jeśli się chcę z kimś spotkać, to po prostu to robię. Ale tak naprawdę jak już wychodzimy z pracy, to wolny czas chcemy spędzić z osobami, które dają nam odskocznię od tej pracy.

Jak się poznałyście?

J.K-K.: Podczas rozładunku towaru.

B.P.: Wiele kobiet widząc inne dziewczyny albo są nieśmiałe, albo traktują je jak konkurencję. Z Justyną było zupełnie inaczej. Jakoś tak od razu zaiskrzyła nić porozumienia między nami i w jej kabinie wypiłyśmy kawę i zjadłyśmy ciastka.

Wiem, że czasem gdy siedzicie same w kabinie ciężarówki na parkingu, zdarza się, że ktoś puka do okienka.

J.K-K.: Zdarzyła mi się kiedyś taka sytuacja. Nocą tankowałam na stacji benzynowej, obok był parking. Miałam problem, bo jakiś kierowca tak stanął, że nie mogłam wyjechać. Zapukałam do jego kabiny i nawet nie zdążyłam nic powiedzieć, gdy usłyszałam: „ja seksu nie chcę”. Był zdziwiony, gdy tłumaczyłam mu o co mi chodziło.

Często jest tak, że puk puk w szybę oznacza, że po drugiej stronie stoi osoba, która liczy na zarobek?

B.P.: Na parkingach dla ciężarówek najczęściej tak jest, zwłaszcza w nocy. Kiedyś na dłuższym postoju zasłoniłam firanki i nagle słyszę pukanie. Wyglądam i widzę zrezygnowaną minę pani. Już wiedziała, że nie zarobi.

Jakie macie plany na przyszłość? Co Wam się marzy?

J.K-K.: Chciałabym tak jak Iwona Blecharczyk wyruszyć w trasę po Ameryce. Tam jest inny świat, inne maszyny. Ale to też ogromne poświęcenie, bo trzeba zostawić rodzinę, firmę.

B.P.: Ja bym chciała kiedyś zabrać męża ciężarówką na wschód. Marzy nam się wycieczka do Iranu.

Dziękuję za rozmowę.

*

Podoba Ci się ten artykuł?
Nawet jeśli nie, to i tak możesz polubić profil Echa Powiatu, by zmobilizować do lepszej pracy naszych redaktorów :)