Zmartwychwstańce

echopowiatu_malgorzata_wojciechowska

Aleksandra Skwira rozmawiała z Małgorzatą Wojciechowską, kobietą, która sama napisała do nas wiadomość, że chciałaby się podzielić swoją historią, bo wewnętrznie czuje, że powinna, że jest to jej mała misja. Małgorzata 4 miesiące temu usłyszała zdanie – potrzebny będzie przeszczep serca.

Przeszczepieńcy, przeszczepki, składaki – ponoć tak o sobie mówią ludzie z nowym sercem, nerką czy wątrobą, zgadza się?

Tak, nawet ostatnio słyszałam dwa dodatkowe określenia. Pierwsze to nieśmiertelni, a drugie zmartwychwstańce. Coś w tym jest.

Czy to znaczy, że macie ogromny dystans do siebie i poczucie humoru?

Tak, wydaje mi się, że musimy, ze względu na to, że powróciliśmy i żyjemy drugi raz. Wszystko bierzemy z dystansem, w końcu trzeba czerpać z chwili.

My dziś chcemy podjąć walkę, żeby w Polsce atmosfera wokół przeszczepów wróciła do normy, prawda?

Tak, myślę, że tutaj trzeba byłoby szerzej poruszyć temat. Przede wszystkim spotkania z osobami po przeszczepach, trzeba byłoby o tym mówić. Społeczeństwo jest ogólnie nieświadome jeśli chodzi o transplantacje, a tak naprawdę to nic strasznego. Jedna śmierć może uratować aż pięć żyć.

Czy opowie nam pani swoją historię?

Wiadomość, ze potrzebuję przeszczepu, była dla mnie ogromnym szokiem, ponieważ nic nie wskazywało na to, że moje serce w jakikolwiek sposób może być uszkodzone bądź niewydolne. Gdy to usłyszałam, zalałam się łzami i myślę, że tak zrobiłby każdy. Poprosiłam o wizytę lekarską, aby potwierdzić diagnozę. Zajęło mi parę dni, żeby uświadomić sobie, że moje serce nie bije tak jak powinno, że muszę coś zrobić, jeśli chcę żyć. Wtedy powiedziano mi o przeszczepach. Zaczęłam się interesować tym tematem, aczkolwiek był on bardzo trudny, bo tak naprawdę miałam dwadzieścia jeden lat, kiedy się dowiedziałam. Całe życie przede mną, niedawno przed tym się zaręczyłam. Powiedziałam do mojego narzeczonego – słuchaj, ja ci oddam ten pierścionek, znajdziesz sobie inną, fajną, zdrową dziewczynę, wszystko będzie cudownie, a ja po prostu nie będę się wiązała, będę żyła dalej.

Czyli była ta brutalna świadomość, że wszystko, nawet najgorsze może się wydarzyć?

Tak, tak dokładnie było. Natomiast mój Marcin powiedział, że nie ma takiej opcji, że się na to nie zgadza. Przychodził do mnie codziennie o siódmej, wychodził o dwudziestej pierwszej. Nie było czegoś takiego, że nie, nie dam rady, wręcz przeciwnie. Bardzo mnie wspierał i teraz tak sobie myślę, że to miłość tak uskrzydla.

Jeden z pani najważniejszych aniołów.

Tak, zdecydowanie najważniejszy z aniołów. Moja walka z niewydolnością trwała pięć lat, do roku 2016, gdy stan się nagle pogorszył. Było to związane z tym, że utrwaliło mi się migotanie przedsionka, czyli rytm nie był prawidłowy. Był za szybki i obciążał organizm. Dla zobrazowania -to serduszko jak było pięścią, tak się zrobiły trzy pięści, które nie miały siły się kurczyć. Będąc wtedy w warszawskim szpitalu usłyszałam, że nie ma już dla mnie innego ratunku, że potrzebny jest przeszczep serca i to w trybie natychmiastowym.

Czy wtedy pojawiła się taka panika ogólna, rodzinna?

Rodzinna na pewno. Wydaje mi się, że ja już byłam przystosowana powoli do tego. Mój stan już był kiepski, to jest tak jakby ktoś miał zapalenie płuc, nie mógł się podnieść, nic zjeść, był okropnie osłabiony. Wtedy usłyszałam, że następnego dnia lecę do Zabrza. Ten lot był dla mnie lotem po nowe życie. Nie wiedziałam, że serduszko się znajdzie, a wszystko zakończy się dla mnie szczęśliwie. Był najlepszy, bo to życie dostałam, a najgorszy, bo tak naprawdę ktoś musiał umrzeć, żebym ja mogła żyć. Jest to obciążenie dla osoby po przeszczepie.

Tak, na pewno są to skrajne emocje.

Dokładnie. Do tej pory pamiętam telefon koordynatora, kiedy mi się przedstawił i powiedział, że być może jest dla mnie serce, że lekarze pojechali je zbadać. Zapytał się mnie gdzie jestem, a ja wtedy z tego szaleństwa, nie wiem, otchłani rozpaczy czy po prostu ze szczęścia, zapomniałam na jakim oddziale leżę, nie byłam w stanie nic z siebie wydobyć. Kiedy miałam już potwierdzenie, to podczas ostatniej nocy moje stare serce dawało mi takiego czadu, zrobiło taką dyskotekę, tak mocno biło. Mówię – bij, pożegnajmy się po raz ostatni. Wstałam rano, w zasadzie to nie spałam, bo ciężko było usnąć, tym bardziej, że musiałam uspokajać jeszcze mamę. Na szczęście podczas operacji towarzyszyła mi siostra, która potrafi opanować emocje i zachować kamienną twarz.

Na zdjęciach tuż po operacji widać piękną, uśmiechniętą dziewczynę, to jest niesamowite.

I tak już zostanie zawsze, zresztą byłam pełna optymizmu, wierzyłam, że będę żyła, że mam dla kogo, że muszę i przede wszystkim chcę. To jest takie obudzenie się ze złego snu. Potem było już wszystko dobrze, nie wiedziałam co to jest nieprawidłowy rytm serca, nie wiedziałam co to jest duszność, nie wiedziałam jak można nie jeść. Obudziły się we mnie wszystkie instynkty.

Pani robi teraz wszystko, żeby przełamać stereotypy dotyczące przeszczepów.

Budząc się po operacji powiedziałam do profesora, że wiem, co jest moją życiową misją. Będę promowała tę transplantację, wiem, że jest to trudny temat, ale dam radę, bo tak naprawdę to tylko nieświadomość nas hamuje. Nie mamy styczności z osobami, które są przeszczepione. Może nam się też wydawać, jak to ktoś pięknie powiedział, że osoby po przeszczepie to „zombie, które opłakują swój los w czterech ścianach”. Wręcz przeciwnie, żyjemy normalnie, staramy się żyć normalnie i potrzebujemy tego normalnego życia. Kiedy wracamy do zdrowia, to jesteśmy zachwyceni. Dla nas każda chwila, każdy dzień, każda sekunda jest fascynująca. Celebrujemy życie patrząc na cierpienie, przeżywając swoje. Miałam już okazję patrzeć na cierpienie dzieci oczekujących na przeszczepy.

Problem nie dotyczy tylko dorosłych.

Tak, a to, że dorosły ma większą szansę niż dziecko jest dość przytłaczające, ale trzeba wierzyć, trzeba coś zmienić, przede wszystkim w sobie, przemyśleć czy jeśli kiedyś stałaby się jakaś tragedia i stwierdzono by śmierć mózgową, to czy oddać narządy, uratować komuś życie.

Pobranie narządów, które mogą uratować życie innym, wymaga zgody rodziny albo samego dawcy oczywiście.

Tak, przede wszystkim warto jest rozmawiać w rodzinie o takich rzeczach jak transplantacja i o tym czy wyraża się zgodę lub po prostu mieć przy sobie oświadczenie woli.

Stąd ogólnopolskie akcje, których celem jest przełamywanie stereotypów dotyczących transplantacji, ale jest ich zdecydowanie za mało, prawda? Mamy taki niedosyt.

Jest ich mało, ale myślę, że to się zmieni. Jest to kwestia zachęcenia do tego i odpowiednich osób. Nie trzeba się bać o tym mówić, bo nie każdy ma chęć wyrażenia na to zgody, chociaż ja jestem zachwycona i codziennie rano i wieczorem dziękuję rodzinie mojego anioła, że wyrazili zgodę na pobranie tego serduszka, mojemu aniołkowi za to, że mogę żyć i spełniać marzenia. Dziękuję im za życie, zawsze będą ze mną, bo są częścią mnie.

Mam też wrażenie, że film „Bogowie” zaczął już coś zmieniać w naszym myśleniu, oswoił nas z tym tematem, oczywiście też pokazał profesora Zbigniewa Religę jako pioniera przeszczepów serca w Polsce, który zmieniał świat wbrew wszelkim przeciwnościom, wtedy ogromnym, to był szok, czarna magia…

Tak można byłoby powiedzieć, że jest szalony, bo chce przeszczepiać serca, a jak wiadomo, to ogólnie na świecie panuje ich kult. Natomiast serce to jest mięsień, nie przeszczepia się uczuć, nie kocha się nikogo innego, a nawet bym powiedziała, że kocha się ludzi bardziej. Miłość do wszystkich, którzy mi towarzyszyli w tych trudnych chwilach mam jeszcze większą i zrodziła mi się chęć poznawania ludzi. Kocham to, kocham ludzi, to wszystko się po prostu zmienia. Mózg odpoczywa też po tym wszystkim. A dla profesora Religi wielkie pokłony za to, co udało mu się zrobić i za to, że jest to kontynuowane.

Można rzec, że przełamał moralne, kulturowe i religijne tabu. A pani zdaje się, została ochrzczona gadułą w szpitalu, tak?

Dokładnie. Wszyscy wiedzieli, że jak mówię, to jest dobrze. Potem doszła jeszcze petarda, bo za szybko chodziłam, ale to dobry objaw.

Bardzo dziękuję za tę rozmowę, to była dla mnie ogromna przyjemność.

Również bardzo dziękuję.

Powiązane artykuły

*

Podoba Ci się ten artykuł?
Nawet jeśli nie, to i tak możesz polubić profil Echa Powiatu, by zmobilizować do lepszej pracy naszych redaktorów :)