Jestem kustoszem pamięci

echo-powiatu-gmina-brochow-jestem-kustoszem-pamieci-marta-przygoda-stelmach

O byciu historykiem regionu oraz dylematami z tym związanymi, o czasie, który nie jest z gumy, o pierwszej wojnie światowej oraz o perełkach dziejów brochowskich Martę Przygodę-Stelmach, doktorantkę Wydziału Nauk Historycznych i Społecznych, lepiej znaną jako Kronikarz Brochowski, pytała Maria Jesiołowska.

Kim jest i czym zajmuje się w XXI wieku kronikarz?

Kronikarz w XXI wieku jest po prostu kustoszem pamięci. I chyba tak siebie powinnam nazwać. Staram się popularyzować i na szerszą skalę przedstawiać ludziom historię swojego regionu, historię ziemi brochowskiej. Pewnego dnia doszłam do wniosku, że nagromadziłam tyle materiału, który w pewnym stopniu wykraczał poza mój doktorat, czyli okres od XVI do XIX wieku, że stwierdziłam, iż jest to najwyższy czas, na zaprezentowanie tego gdzieś dalej.

Teoryk historii, Arnold Toynbee napisał, że motywacją historyka jest „ciekawość, która sięga dalej niż obszar, w obrębie którego każda żywa istota odczuwa ciekawość co do swego środowiska ze względów samozachowawczych”. Chciałabym się dowiedzieć czegoś więcej o tych względach samozachowawczych. Pisze pani o Brochowie, bada pani historię Brochowa, pochodzi pani z niego, jest z tym środowiskiem związana. Czy trudno jest pani zachować obiektywizm i dystans?

Kwestie pewnego rodzaju wyborów moralnych i etyki, jaka jest z tym związana, poruszałam na moim blogu, kiedy pisałam o tym, jak to jest być kronikarzem brochowskim. Mogę powiedzieć z całą świadomością, że pewną wiedzę, którą posiadam na dzień dzisiejszy, zabiorę ze sobą do grobu. Może to brzmi bardzo patetycznie, ale ja nie jestem sędzią i nikogo nie chcę oceniać. Muszę powiedzieć, że podczas kwerend w archiwach dostaję bardzo różne materiały, bo nie zawsze jest tak, że tytuł teczki odzwierciedla to, co się w niej znajduje. Często dowiaduję się smutnych i przykrych rzeczy, nawet o osobach, które osobiście znałam bądź znałam z widzenia. Nie jestem sędzią i nie chcę robić przykrości oraz problemów, ani sobie, ani potomkom tych osób.

Jest jakaś cezura, że np. XVI, XVII wiek – może pani wrócić, ale XIX wiek – jacyś potomkowie mogę mieszkać w na ziemi brochowskiej, więc tego pani nie rusza?

Ogólnie jest przyjęta zasada, że nie można poruszać tzw. danych wrażliwych. Jeżeli ja w swoim doktoracie podam ogólnie przyjętą liczbę dzieci nieślubnych w danym okresie, to nie jest to nic złego, ale jeśli zacznę wymieniać te dzieci z imienia i nazwiska, to wtedy może być postrzegane jako coś nieprzyzwoitego. W najbliższym czasie będę przeprowadzała kwerendę w Archiwum Diecezjalnym w Łowiczu. Ubiegając się o zgodę na dostęp do materiałów tam zgromadzonych musiałam zadeklarować, że nie będę kalać dobrego imienia osób zmarłych, bo są pewne granice, których nawet profesjonalnym badaczom przekraczać nie wolno.

To jaka jest różnica między prawdą a przemilczeniem pewnych rzeczy, bo jeżeli pisze pani o tym, jak było – czy to jest kalanie, czy to są po prostu fakty?

Trzeba wziąć pod uwagę to, że historyk regionu, a jeszcze rodzimy historyk regionu dotyka tematów sobie bardzo bliskich. Ja osobiście przyjęłam zasadę, może inny historycy regionu mają inne podejście, że jeżeli ktoś bardzo chce dowiedzieć się czegoś o swojej rodzinie albo poruszać kwestie majątkowe, to archiwa są otwarte i w każdej chwili może sam to znaleźć. Ja podczas swojej pracy badawczej jestem przede wszystkim historykiem, a moje pochodzenie musi być obok, bo historyka też obowiązuje pewnego rodzaju etyka zawodowa. I to są właśnie problemy, z którymi borykają się historycy regionu.

Nie łatwiej było wybrać jakiś inny region, żeby nie miała pani tych dylematów na każdym kroku swoich prac badawczych?

Decydując się na doktorat chciałam się zająć historią Mazowsza Zachodniego, a bardziej uściślając – historią ziemi brochowskiej. Wcześniej, gdy pracowałam nad swoją pracą magisterską, zajmowałam się innym regionem, bo pisałam o klasztorze dominikanów w Łowiczu. Też Mazowsze, względnie blisko. Muszę tutaj dodać, że mam ogromny sentyment do Łowicza i stawiam Łowicz za wzór przywiązania do tradycji, folkloru i do ziemi, z której się pochodzi. Poprzez swój doktorat, decydując się na niego, chcę przede wszystkim pokazać, że Brochów to nie tylko Chopin. Oczywiście, ta kwestia jest bardzo ważna, bo rodzina Chopinów do końca świata będzie z Brochowem związana i tego się nie zmieni. Chcę pokazać wszystkim mieszkańcom, nie tylko gminy Brochów, ale i całego powiatu, a może i województwa, i całego regionu, że Brochów to mnóstwo fantastycznych osób, wydarzeń, które są z nim związane, i że to nie tylko Chopin tworzył to miejsce, ale jednak przez te setki lat byli też inni ludzie, którzy mieli wpływ na bieg wydarzeń.

Jakie postaci czy wydarzenia historyczne, żeby Brochów nie był identyfikowany tylko z Chopinem, mogłaby pani wspomnieć?

W jednej z publikacji naukowych znalazłam wzmiankę o powstańcu listopadowym, Juliuszu Marylskim. Tam było tylko krótkie zdanie, że urodził się w Brochowie. Oczywiście, trzeba mieć zawsze dystans, bo są dwa miejsca o tej nazwie – jest jeszcze dzielnica Wrocław-Brochów i zawsze, kiedy coś znajdę, muszę to sprawdzić. Zajrzałam do ksiąg metrykalnych i faktycznie, Juliusz Marylski, powstaniec listopadowy, urodził się w Brochowie. Był emigrantem. Będąc we Francji na przymusowym zesłaniu, założył Bibliotekę Polską w Paryżu. Jest jeszcze Seweryn Chłopicki, powstaniec styczniowy, który był dowódcą rejonu sochaczewskiego w powstaniu styczniowym, za udział w którym został zesłany na Syberię. Zrobił ogromną karierę w Irkucku gdzie zaprowadziło go zesłanie. Posiadam nawet jego fotografię z czasów, gdy był zesłańcem. I co się okazało? Jego przodkowie do dziś mieszkają w Irkucku. Bardzo ciekawą postacią jest również ksiądz Czesław Oszkiel, czyli jeden z proboszczów brochowskich, który doprowadził ostatecznie do odbudowy kościoła w Brochowie, po zniszczeniach pierwszej wojny światowej, przy ogromnej pomocy Ignacego Paderewskiego. Postać niezwykła – wielki działacz społeczny. Za pomoc partyzantom i mieszkańcom w czasie drugiej wojny światowej został brutalnie zamordowany przed gestapo, ale to już było w Tarczynie. Trudno jest mi wymienić wszystkich, bo jest mnóstwo wydarzeń i postaci związanych z naszym regionem.

W tym roku wypadła setna rocznica wybuchu pierwszej wojny światowej. Proszę pokrótce powiedzieć, jak przebiegała wielka wojna na ziemi brochowskiej?

O pierwszej wojnie światowej na ziemi brochowskiej możemy dowiedzieć się trochę z kroniki parafialnej. Problem polega na tym, że kroniki parafialne, które były prowadzone przez proboszczów brochowskich przed 1945 rok, zaginęły. Z retrospekcji, zeznań, z tzw. historii mówionej, proboszczowie starali się odtworzyć tamte wydarzenia. Kronika parafialna, która powstała już po 1945 roku, uwzględnia też ten okres. Ta kronika odnotowuje, że przez osiem miesięcy Brochów był pod ostrzałem artylerii. Miejscowość była zniszczona, najbardziej oczywiście ucierpiał kościół, który potem był pieczołowicie odbudowywany w dwudziestoleciu międzywojennym, które było ciężkim okresem pod względem gospodarczym. Praktycznie z kościoła brochowskiego została tylko jedna nawa, w kronice podana jest jako nawa północna. Na oficjalnej stronie internetowej parafii brochowskiej można zobaczyć fotografie zdewastowanego kościoła, które były wykonywane jeszcze w czasie wojny i zaraz po niej. To była jedna wielka ruina. O historii pierwszej wojny światowej przypomina również samotny krzyż, który jest w miejscowości Malanowo, która sąsiaduje z Brochowem. Stoi on na wzgórzu i jest tam krótka adnotacja, że tutaj są pochowani żołnierze rosyjscy i niemieccy polegli w trakcie pierwszej wojny światowej. O obecności działań wojennych na terenie ziemi brochowskiej świadczą dodatkowo okopy, które można spotkać na terenie Puszczy Kampinoskiej, np. w rejonie Famułek Królewskich. Generalnie mogę stwierdzić, na podstawie tych materiałów, do których udało mi się dotrzeć, że pierwsza wojna światowa poczyniła największe spustoszenie w historii parafii i regionu, jeszcze większe niż druga wojna światowa.

Pisze pani doktorat, prowadzi pani zajęcia ze studentami, spędza pani zapewne dużo czasu w archiwach i bibliotekach, jeszcze do tego dochodzi blog, którego pani prowadzi. Czy nie miała pani nigdy chęci skupić się na stricte naukowej działalności, bo fantastycznie, że pisze pani dla mieszkańców, tylko czy nie brakuje pani na to wszystko doby?

Czas to jest najbardziej bolesny temat w moim życiu. Do tego dochodzi jeszcze praca. Osiem godzin dziennie spędzam w Warszawie, do której muszę jeszcze dojechać. Ale to jest wszystko kwestia dobrej organizacji. Jakoś do tej pory sobie radzę, mam nadzieję, że tak będzie dalej. A jeśli pewne uwarunkowania życiowe się zmienią i będę mogła faktycznie poświęcić czas tylko tej działalności naukowej, czy jeszcze jakiejś innej, związanej z Brochowem, to na pewno będzie to spełnienie moich najskrytszych marzeń. Mam także nadzieję, że jakoś tak moje życie się potoczy, że będę mogła tylko i wyłącznie skupić się na historii Brochowa i historii mojego regionu. Na razie, niestety, życie jest tylko życiem i rzeczywistość jest taka, jaka jest. Mam nadzieję, że będzie dalej udawało mi się to wszystko pogodzić.

echo-powiatu-gmina-brochow-jestem-kustoszem-pamieci-kronikarz-brochowski

Do lektury bloga zapraszamy na:
http://kronikarzbrochowski.blogspot.com

Powiązane artykuły

*

Podoba Ci się ten artykuł?
Nawet jeśli nie, to i tak możesz polubić profil Echa Powiatu, by zmobilizować do lepszej pracy naszych redaktorów :)