Kim jest współczesny strażak ochotnik?

????????????????

Z Robertem Gajdą z OSP Nowa Sucha Izabela Goryniak rozmawiała o tym, dlaczego został strażakiem, co ochotnicy robią poza wyjeżdżaniem do akcji – i skąd brać na to wszystko czas, kiedy pracuje się zawodowo i ma rodzinę.

Od kiedy jest pan strażakiem ochotnikiem?

Jeśli dobrze pamiętam to od zawsze. Zaczęło się bodajże w wieku 15 lat, kiedy to wracałem z kościoła i akurat wtedy w mojej rodzinnej miejscowości – Starej Suchej palił się budynek gospodarczy. Postanowiłem, że przebiorę się i polecę pomóc chłopakom ze straży w tej akcji. I tak zaczęła się moja przygoda ze strażą, która nieprzerwanie trwa do dziś.

Strażacy ochotnicy to jest taka brać bardzo zróżnicowana wiekowo, począwszy od nastolatków, przez mężczyzn w średnim wieku, po osoby starsze.

Zgadza się. W straży mamy wiele pokoleń, zaczynając od najmłodszych, po osoby dorosłe kończąc na naszych szanownych seniorach, którzy są członkami honorowymi, wspierającymi swoim doświadczeniem, wiedzą i mądrością życiową młodszych kolegów. Są takim swoistym oparciem w jednostce. Bardzo ważną rzeczą jest, aby zachowana była wymiana pokoleniowa – w przeciwnym razie ciężko jest podtrzymać wiele tradycji strażackich, chrześcijańskich czy kulturalnych.

Pytam o to dlatego, że jest takie powiedzenie, że strażakiem jest się całe życie.

Dokładnie tak. Strażakiem jest się przez całe życie. Jeśli choć raz złapie się tego bakcyla, to zostaje już we krwi i bardzo ciężko to wyplenić…to po prostu tkwi w sercu strażaka, w ciele i duszy. To również pewien stan umysłu – działa z automatu, zostaje w człowieku i trwa do czasu, dopóki zdrowie pozwala działać aktywnie.

Straże ochotnicze w ostatnich latach bardzo się zmieniły, można powiedzieć, że jesteście zawodowcami.

Zmieniły się głównie ze względu na pakiet szkoleń, który teraz jest obligatoryjny. Jak sięgam pamięcią do mojej pierwszej akcji, to wtedy szkolenia nie były aż tak bardzo wymagane. Nie przywiązywano do tego tak wielkiej wagi jak obecnie. Kiedyś pomóc mógł każdy, kto w pojawił się na miejscu pożaru i wyraził chęć pomocy. Teraz ze względów bezpieczeństwa osoba, która nie ma odpowiednich kwalifikacji i przeszkolenia pożarniczego, kursu tzw. podstawowego, nie może wyjechać do akcji. Dlatego staramy się tego przestrzegać. Wiadomo, że jak jest dobrze, to jest dobrze, ale w przypadku jakieś przykrej sytuacji, nieszczęścia czy wypadku, odpowiedzialność spada nie tylko na osobę poszkodowaną, ale i na dowódcę, który pozwolił wyjechać osobie nieuprawnionej do akcji ratowniczej.

Obecnie ochotnicze straże pożarne są ogromnym wsparciem dla kolegów z zawodowych straży. Są jednostki posiadające specjalistyczny sprzęt i wykwalifikowanych fachowców. Różnica jest taka, że my ochotnicy na co dzień normalnie pracujemy. Nie jesteśmy 24h na dobę w jednostce, nie śpimy w remizach – tylko słysząc dźwięk syreny, telefonu ruszamy nieść pomoc.

Są różne jednostki ochotnicze, są będące w Krajowym Systemie Ratowniczo-Gaśniczym, tak jak pana jednostka, które wyjeżdżając do akcji potrzebują zawodowców. Ale są również takie jednostki, które przez cały rok nie mają żadnych interwencji.

Przyznam szczerze, że chyba nie ma już takich jednostek, które nie mają żadnych interwencji… Ja w naszym powiecie takich bynajmniej nie kojarzę, chociaż słyszy się, że gdzieś tam w Polsce takie jednostki funkcjonują. Wydaje mi się, że to tendencja zniżkowa. Biorąc pod uwagę wsparcie z Unii Europejskiej i środków wewnętrznych jak i zewnętrznych, każda jednostka chcę być tą najlepszą i wspinać się coraz wyżej.

A to taka rywalizacja jest?

Rywalizacja jest, ale pod kątem niesienia pomocy. Bo nie oszukujmy się, jeśli nie ma sprzętu w jednostce, to możliwość jak najlepszego wykonania swojej pracy, która jest tak naprawdę służbą, się zmniejsza. Tutaj rywalizacja dotyczy wyposażenia i bycia mobilnym, żeby gotowość do akcji była jak najszybsza i jak najbardziej sprawna. Niestety największym problemem, który często uniemożliwia i przewyższa chęci i zaangażowanie, są pieniądze. Nie każdą jednostkę stać na zakup nowego sprzętu, umundurowania bojowego, koszarowego czy galowego. A wiemy wszyscy, że to bardzo ważna kwestia, ma służyć ratowaniu mienia jak i samej ochrony zdrowia strażaka.

A jak to wygląda z akcjami w Nowej Suchej, jak często wyjeżdżacie, do jakich zdarzeń?

My nie mamy aż tak wielu akcji jak inne jednostki, znajdujące się chociażby w pobliżu autostrad czy dróg krajowych, ale w ostatnim roku mieliśmy, jak dobrze pamiętam, ok. 30 wyjazdów. Jak powszechnie wiadomo mniejsza liczba wyjazdów oznacza, że na naszym terenie jest bezpiecznie i że mieszkańcy nie ponieśli zbyt dużych strat materialnych. Z drugiej strony jednak nie wszystko jest zależne od nas – natura nieraz pokazuje, jak ogromną siłą jest woda, ogień czy powietrze. Zdarzenia, do których najczęściej wyjeżdżamy to pożary, podtopienia, połamane gałęzie czy wypadki drogowe oraz inne miejscowe zagrożenia.

Akcje to jest jedno, pewnie można by długo opowiadać, ale mnie interesuje także inny aspekt, bo dostaję informacje ze szkół w Nowej Suchej, że strażacy z OSP przeprowadzili szkolenie z dziećmi. Widzę zdjęcia jak pracuje pan z dzieciakami, potem widzę, że gdzieś indziej też działaliście, uczyliście, prowadziliście szkolenia. Co wy więc tak naprawdę robicie?

Szkolenia z pierwszej pomocy w szkołach to bardzo ważna rzecz, na którą wspólnie z kolegami kładziemy nacisk. Chcemy, aby edukacja dzieci pod tym kątem w szkołach była im jak najbardziej bliska. Wiadomo, co innego jest kwestia formalna, a co innego praktyka.

A poza tym jak do dzieci przyjdzie ich sąsiad i osoba im znana, to chyba jest troszkę łatwiej.

Troszkę inaczej. Aczkolwiek ja staram się dzieciom wszystkie procedury tłumaczyć prostym językiem. Jeśli użylibyśmy formalnego żargonu, wtedy ta wiedza okazałaby się dla dzieci trudna i niezrozumiała. Dlatego staramy mówić się tak, aby trafiać do małych odbiorców. Często dla zwizualizowania sytuacji pokazujemy im na konkretnych przykładach, angażując dzieci do pokazywania razem z nami np. pozycji bocznej ustalonej czy reanimacji poszkodowanego – masażu serca, wykonywania oddechów ratowniczych na specjalnych fantomach.

I dzieci to wszystko zapamiętają?

Tak. Dziecko jest jak najbardziej w stanie te wiedzę pojąć i zapamiętać, bo procedury łatwo zapomnieć, a dzięki formie praktyki obrazowej, która jest moim zdaniem dużo bardziej przyswajalna, uczą się tego lepiej. Mogę posłużyć się przykładem z życia. W jednej ze szkół w Nowej Suchej robiliśmy pokaz udzielania pierwszej pomocy medycznej. Dyrektor szkoły poinformował, że dzieci podczas konkursu na etapie wojewódzkim zdobyły praktycznie maksymalną liczbę punktów z wiedzy praktycznej jakim było udzielanie pierwszej pomocy. To bardzo cieszy.

Ja jeszcze widuję dzieciaki kłębiące się wokół wozów strażackich na rozmaitych imprezach, które zabezpiecza straż. Tam również one się uczą, nie tylko zaglądają do środka pojazdu?

Tak, uczą się. Choć wiadomo, że na pierwszym planie jest samochód, aby usiąść w środku i włączyć sygnały. Jest to bardzo fajna forma promocji i zachęcania dzieciaków od najmłodszych lat, aby wstąpiły do naszych szeregów. By nie kojarzyły służby w straży tylko z pożarami, wypadkami drogowymi i innymi klęskami żywiołowymi, ale również żeby zobaczyły ten pozytywny aspekt, którą jest forma szkolenia, spotkania integracyjne, kulturalne czy zawody sportowo-pożarnicze.

Praca zawodowa, bycie strażakiem, zajęcia z dziećmi, ciągłe dokształcanie się, kursy – skąd pan na to wszystko bierze czas?

Tak czułem, że pani redaktor o to zapyta. To jest pasja, na którą poświęcam każdą wolną chwilę. A w przypadku nagłej akcji dostaję telefon i nieważne, czy jestem w garniturze, czy w ubraniu roboczym, po prostu tak jak stoję – jadę. Czasem się zdarzało, że wsiadałem do samochodu bez spodni, byleby tylko szybciej wyjechać do akcji ratunkowej. Oczywiście ubrałem się w samochodzie.

A ile macie czasu na dotarcie do jednostki?

Ten czas nie jest jakoś precyzyjnie określony. Staramy się, aby ta gotowość była jak najszybsza. Czasami to 3 albo 5,10 minut, ale to wszystko uwarunkowane jest od czasu dojazdu, bo my nie śpimy i nie przebywamy cały czas w remizie strażackiej, tylko każdy w swoim domu.

Powracając do wcześniejszego pytania, skąd brać czas na to wszystko?

Jakoś tak samo się układa, że ten czas się znajduje. Uważam, że praca pracą, rodzina rodziną (chociaż jest dla mnie najważniejsza), ale dla straży prawie zawsze ten czas musi się znaleźć. Chciałbym, aby w przyszłości akcji było jak najmniej, ale niestety nie zawsze tak się da. Jak już wspominałem wcześniej – nie jesteśmy w stanie przewidzieć tego, co stanie się zaraz, jutro. Możemy tylko swoim rozważnym zachowaniem zredukować zjawiska, jakimi są pożary czy wypadki drogowe.

Dziękuję za rozmowę.

*

Podoba Ci się ten artykuł?
Nawet jeśli nie, to i tak możesz polubić profil Echa Powiatu, by zmobilizować do lepszej pracy naszych redaktorów :)