Młody tenor z Sochaczewa występował w Chicago!

echopowiatu_JAcek_Ornafa

Z Jackiem Ornafą, młodym tenorem i solistą sochaczewskiego Wokalnego Zespołu Mundurowego PATRIA, który niecały miesiąc temu wystąpił w Chicago, rozmawiał w Radiu Sochaczew Michał Radkowski

Jesteś tenorem tak samo jak Andrea Bocelli i kiedy jego piosenka pojawiła się na naszej antenie to powiedziałeś, że lubisz ten utwór.

Tak to prawda. Był czas, że bardzo dużo słuchałem Andrei Bocellego i śledziłem, co się wokół niego dzieje. Nawet miałem okazję parę lat temu być na jego koncercie w Krakowie.

To opowiedz, jakie masz wrażenia z koncertu.

Świetne. I powiem, że mimo że było to na stadionie, to było świetnie nagłośnione, tak że słychać było każdy dźwięk orkiestry, wszystko się rewelacyjnie niosło i jego ten piękny, delikatny i czysty głos.

Myślę, że Ty trochę inaczej podchodzisz do tego koncertu, bo jako ekspert jesteś wyczulony na barwę głosu i na to, co się z nim dzieje. Czy jesteś w stanie wychwycić jakieś niedoskonałości podczas takiego koncertu?

Zdarza mi się. Aczkolwiek ja jestem na samym początku tej drogi, bo dopiero od 3 lat uczę się śpiewu klasycznego.

Masz 26 lat, powiedz, co stało się trzy lata temu, że zająłeś się muzyką tak profesjonalnie.

Po prostu na mojej drodze pojawiła się osoba, która zauważyła moje walory głosowe i doszukała się predyspozycji do śpiewu klasycznego i pokierowała mnie właśnie w te stronę.

Kto to taki?

To była Anna Kurpińska z Instytutu Szkolenia Organistów, gdzie przez chwilę miałem okazję się uczyć. To właśnie ona przygotowywała mnie do egzaminów wstępnych i dzięki niej dostałem się do Szkoły Muzycznej przy ul. Bednarskiej w Warszawie.

Czy muzyka towarzyszyła Ci już od najmłodszych lat?

Ja śpiewam odkąd pamiętam. Śpiew towarzyszył mi przez całą moją edukację. Śpiewałem również w chórze Szkoły Muzycznej I stopnia w Sochaczewie, którą parę lat temu skończyłem. A teraz śpiewam w zespole PATRIA.

Jak się jest tenorem to pewnie trzeba dbać o głos. Czy w związku z tym czy masz jakieś specjalne ćwiczenia?

Faktycznie trzeba uważać na to co się je i pije, choć nie wszyscy to robią, bo to zależy od predyspozycji każdej osoby. I codziennie trzeba ćwiczyć.

Przyszedłeś do naszego studia z dość grubymi skoroszytami. Najpierw pomyślałem, że to jakieś notatki ze studiów, ale nie. Co się w nich kryje?

Jest tam wyciąg fortepianowy „Strasznego dworu”, z którego przygotowywałem się do roli, którą zagrałem w Chicago. I jest on dość obszerny. Jak przygotowywałem się do roli w spektaklu, w którym zagrałem w Warszawie, to wyciąg fortepianowy objętościowo zajmował tylko jedną czwartą tego co przyniosłem dzisiaj.

Niecały miesiąc temu po raz pierwszy poleciałeś do Chicago i tam wystąpiłeś w operze „Straszny dwór”.

Tak. Wyjazd ten został zorganizowany przez Paderewski Symphony Orchestra z Chicago we współpracy z Uniwersytetem Muzycznym Fryderyka Chopina, na którym studiuję.

Opera „Straszny dwór” w Chicago jest wystawiana mniej więcej co 10 lat. Jak to jest możliwe, ze Ty tam pojechałeś i wystąpiłeś? Czy był jakiś casting, czy po prostu uczelnia dokonała wyboru?

Na początku czerwca zdałem egzaminy wstępne i dostałem się na uczelnię. I właśnie pod koniec czerwca odbywały się przesłuchania do „Strasznego dworu”. Dowiedziałem się, że szukają tenora do roli Damazego, spróbowałem i się udało.

Pamiętasz ten moment, gdy Ci powiedzieli, że się udało i lecisz do Chicago?

To było trochę jak takie marzenie, które jest bardzo odległe. Tym bardziej, że byłem tam nowy, nie znałem obsady, bo większości to byli studenci z dalszych roczników, ale na szczęście zaczęliśmy pracę i wszystko się udało. Miałem świadomość, że to jest bardzo wymagająca opera i dosyć trudna. A ponieważ ja śpiewam dopiero od trzech lat, to całe to przedsięwzięcie było dla mnie dużym wyzwaniem.

I jak to jest wystąpić przed publicznością w Chicago, w tak ważnej dla Polaków operze?

Przeżycia są niesamowite. Występowaliśmy w Copernicus Center – tam jest sala zaadaptowana po dawnej sali kinowej, dzięki temu może się tam zmieścić półtora tysięczna publiczność. A na naszym spektaklu była pełna sala, to było cudowne przeżycie móc patrzeć na taką liczbę ludzi prosto ze sceny. Tak dla ciekawostki powiem, że w Operze Narodowej w Warszawie jest około 2 tys. miejsc na widowni.

Stresowałeś się?

Troszeczkę tak. Natomiast to doświadczenie pokazało mi, że bardzo lubię występować dla dużej publiczności. W przyszłości chciałbym występować przed taką publicznością, dlatego takie wystąpienia są świetne, aby pokonywać stres i nabierać doświadczenia scenicznego. Choć u mnie to jest zwykle stres mobilizujący, który wyzwala we mnie dodatkowe emocje potrzebne do oddania treści, charakteru i emocji utworu, który śpiewam.

Dużo było prób?

Próby były dosyć intensywne, ponieważ od września odbywały się one codziennie w Warszawie rano i wieczorem. Jak dotarliśmy do Chicago, musieliśmy zgrać jeszcze wszystko z miejscowymi artystami, bo część obsady była z Polski, to byli wszyscy soliści i część chóru, a z zagranicy byli tancerze, część chóru i orkiestra. Dlatego na miejscu wszystko było dopinane na ostatni guzik. Próby zaczynały się o 10.00, trwały mniej więcej do obiadu, potem jakieś 4 godz. przerwy dla siebie i po południu wracaliśmy do prób.

Jak się czułeś w takim stroju z epoki i w peruce występując na scenie? Czy po raz pierwszy byłeś tak ucharakteryzowany?

Nie, to nie był pierwszy raz. Wcześniej grałem w spektaklu inspirowanym „Księżniczką czardasza” i były tam kostiumy z epoki oraz makijaż. Na scenie musi być wyraźna każda mina, musi być podkreślone oko, tak aby widzowie siedzący na końcu sali również bardzo dobrze je widzieli. Ale w Chicago to było jeszcze pełniejsze. Dopiero tam przymierzaliśmy stroje i dokonywane były poprawki. Mój kostium musiał być zwężany, bo ja jestem dosyć drobnej postury, a strój musi być idealnie dopasowany.

Bardzo dziękuje za rozmowę.

*

Podoba Ci się ten artykuł?
Nawet jeśli nie, to i tak możesz polubić profil Echa Powiatu, by zmobilizować do lepszej pracy naszych redaktorów :)