Pani Sawa i jej trzynaście kotów

echopowiatu_pani_sawa

Do redakcji Echa Powiatu przychodzi starsza pani. Chce dać ogłoszenie do gazety o tym, że umarła. Jest zdesperowana. Już ma 13 kotów, a ludzie wciąż jej podrzucają nowe zwierzęta. Wiedzą, że ma dobre serce i każdego czworonoga przygarnie i się nim zaopiekuje, choć sama jest chora i coraz częściej brakuje jej siły.

Często na łamach naszej gazety poruszamy kwestię porzucania zwierząt, ich złego traktowania, znęcania się nad nimi. Od lat z roku na rok zmieniają się przepisy, prześladowcy dostają coraz wyższe kary. Niestety, nie są to skuteczne metody. Wciąż nie karze się ludzkiej lekkomyślności i nieodpowiedzialności oraz nie ma skutecznej metody kontrolowania liczby adoptowanych czy kupowanych zwierząt. Przekonała się o tym pani Sawa.

Pani od porzuconych kotów

Pani Sawa kocha zwierzęta, zawsze w domu były one obecne. Nigdy jednak aż tyle i nigdy nie w taki sposób. Koty zostawiane są na jej klatce, czasami w pudełku z butelką z mlekiem, czasami przy garażach przy bloku. Czasami małe dzieci je przynoszą. Zaczęło się to ok. 2000 roku i coraz bardziej się nasila. Ostatnio, gdy było już zimno na zewnątrz, ktoś wyrzucił 8 kociąt. Część udało się rozdać, ale nie wszystkie. U pani Sawy na 29 metrach kwadratowych mieszka 7 kotów, pozostałe 6 zamieszkuje jej piwnicę. Mają ciepło, jest dla nich zrobione miejsce do spania, pani Sawa je karmi, przynosi picie. Wiąże się to jednak z dużym obowiązkiem, jest czaso- i pracochłonne. Trzeba je wypuścić, trzeba wokół nich zrobić, trzeba posprzątać. Dziennie pani Sawa poświęca na to 4-5 godzin. Do tego dochodzą koszty ich utrzymania. Przez pewien czas córka wysyłała jej co miesiąc 300 złotych, a i tak ledwo starczało na wszystko. Teraz na szczęście są inni, którzy ją wspierają, ale to wciąż za mało. Bo pani Sawa już teraz z trudem sobie z tym radzi, zwłaszcza że ma coraz więcej problemów zdrowotnych. Boi się, że ludzie w dalszym ciągu będą jej koty podrzucać i w którymś momencie nie podoła wszystkiemu. Już teraz jest jej bardzo ciężko. – Nie potrafię obojętnie przejść koło porzuconego zwierzęcia, nie potrafiłabym z sobą żyć – mów pani Sawa i dodaje: – Zastanawiam się jednak co się stanie, gdy mój stan zdrowie będzie na tyle zły, że nie pozwoli mi się zajmować moimi kotami. Jest to problem. Jak byłam w szpitalu, to przyjechała córka z Krakowa i się nimi zajmowała. Żadnego więcej zwierzęcia. To nie jest tak, że ktoś mi podrzuca kota i na tym to się kończy. Muszę go uczyć, muszę jeździć na odrobaczenie, na sterylizację – a nie mam samochodu. Zawsze trzeba kogoś prosić o pomoc.

Kocha zwierzęta i nie potrafi przejść obojętnie, gdy widzi, że cierpią lub są krzywdzone. Dla zachowania ludzkiego nie ma natomiast żadnego wytłumaczenia. – Bulwersuje mnie, że ludzie podrzucają mi koty. Jeśli ktoś bierze sobie zwierzę do domu to niech o nie zadba, żeby nie rozmnażało się – jest to możliwe. A komuś tak podrzucić zwierzę? Ja się z tym bardzo źle czuję. Muszę się takim zwierzęciem zająć, bo taką mam naturę. Na tę chwilę mam 13 kotów. Wszystkie zostały mi podrzucone. Wszystkie są po sterylizacji, wszystkie są wykastrowane, więc u mnie żadne się nie rozmnażają – tłumaczy pani Sawa.

Zwierzę przemysłem

Najwięcej reklam w telewizji dotyczy lekarstw, suplementów, kosmetyków i jedzenia dla zwierząt. Przedstawione czworonogi są piękne, szczęśliwe, zadbane, czyste. Zwłaszcza, że producentowi zależy na tym, by swój produkt sprzedać.

Obecnie dopełnieniem wizerunku szczęśliwej rodziny, tej na ekranie, jest szczeniaczek czy kociak. Najlepiej taki, co wyskakuje z koszyka z czerwoną kokardką. Rzeczywistość jest jednak inna. Zwierzę to przede wszystkim ogromna odpowiedzialność. Trzeba się nim zajmować, karmić, sprzątać po nim. Choruje i jest nosicielem wielu chorób. Lubi się brudzić. Nie można go zostawić samemu w domu i wyjechać na wakacje czy ferie, bo sam sobie jedzenia nie zrobi. A żyje nawet do 20 lat.

Nierozwiązany przez lata problem

Bezdomne zwierzęta były w Polsce od zawsze, jednak dopiero w 1961 roku postanowiono spróbować rozwiązać ten problem. Narastał problem ich nadpopulacji i bezdomności, więc władze nakazały komunalnym zakładom oczyszczania stworzyć punkty likwidacji bezpańskich psów i kotów. Oficjalnie nazywane były towarzystwami opieki nad zwierzętami czy schroniskami. Niewiele ich w Polsce było.

W 1996 roku weszła w życie ustawa o utrzymaniu czystości i porządku w gminach. Nałożyła ona obowiązek radzenia sobie z bezdomnymi zwierzętami na jednostki samorządowe lokalne.

Rok później, w 1997 r. uchwalono nową ustawę o ochronie zwierząt, zastępującą ustawę przedwojenną z 1928 r. W kwestii zwierząt bezdomnych zadbano o osobne uprawnienie TOZ do prowadzenia schronisk, gdyż po 1989 r. TOZ utracił dotację budżetową, oraz wprowadzono osobną od schroniska instytucję „wyłapywania” bezdomnych zwierząt. Pozwoliło to gminom usuwać bezdomne zwierzęta bez potrzeby tworzenia schronisk, zaś nielicznym gminom posiadającym schroniska osiągać dochody z ich przyjmowania. Zaczęły też powstawać schroniska prowadzone przez prywatnych przedsiębiorców, nastawionych na usługi dla wielu gmin.

Nieskuteczne regulacje

Ustawa z 1997 roku w niewielkim stopniu rozwiązuje problem bezdomności zwierząt w Polsce. A problem jest i to duży. Polska źle wypada na tle krajów europejskich w radzeniu sobie z bezdomnymi zwierzętami. Europejska organizacja ESDA (Europejskie Stowarzyszenie Psów i Dobrostanu Zwierząt) szacuje, że w Europie jest ok. 100 milionów porzuconych i bezdomnych zwierząt, z czego 250 tys. samych psów znajduje się w Polsce.

Ustawa jest przestarzała i niedostosowana na obecnej rzeczywistości. Jej zapisy są niejasne i pozostawiają dużo pola do interpretacji. Wciąż niewielka liczba zwierząt jest wyłapywana, a koszty samorządowe stale rosną.

Jak wynika z raportu NIK z 2016 roku gminy nie radzą sobie z bezdomnymi zwierzętami. Nie wdrażają planów znakowania czworonogów, nie zachęcają do kastracji i sterylizacji. Odławiane zwierzęta trafiają do schronisk, mało jest akcji adopcyjnych czy kampanii zwiększających świadomość ludzką. W 2014 roku w Polsce działały 184 schroniska, czyli o 31 więcej niż trzy lata wcześniej. Oznacza to również dodatkowe koszty dla gminy, a nie rozwiązuje faktycznie problemu. Zwłaszcza, że ludzie tacy jak pani Sawa są wyjątkiem a nie regułą, a regułą coraz częściej są ci, co jej zwierzęta podrzucają.

Maria Jesiołowska

1 komentarz

  1. Margot :

    Obecnie panuje trend, że co się znudzi, tego się pozbywa – przedmiotów, zwierząt, rodziców na starość…. Niestety, odpowiedzialności nikt nie uczy – a póki ludzie nie będą nauczeni odpowiedzialności od najmłodszych lat, póty będą noworodki w beczkach, zwierzęta porzucane w lesie czy na klatkach schodowych i pozostawianie schorowanych rodziców na Święta w szpitalu.

*

Podoba Ci się ten artykuł?
Nawet jeśli nie, to i tak możesz polubić profil Echa Powiatu, by zmobilizować do lepszej pracy naszych redaktorów :)