Sochaczewianka o “dziewczynach wyklętych”

echopowiatu_agnieszka_sławońska

Agnieszka Sławińska, sochaczewska historyczka, napisała kolejną książkę – tym razem dotyczącą historii Polski, a nie – jak dotychczas – spraw lokalnych. To „Więźniarki polityczne z Bojanowa. Łagier dla dziewcząt w latach 1952-1956”. O tej właśnie pozycji z autorką rozmawiała Izabela Goryniak
To nie jest pierwsza pani książka.
Tak, to już trzecia. Tym razem nie dotyczy tematyki regionalnej, jest to monografia o dziewczynach wyklętych.
A o jakich tematach pisała pani wcześniej? Jakie były obszary pani zainteresowań?
Lokalne. Tematyka parafii. Najpierw parafii i kościoła w Kozłowie Biskupim, a potem historia dwóch parafii – Białynina i Mikołajewa i oczywiście wszystko to, co się działo na przestrzeni wieków wokół tych miejscowości i ludzi, którzy do tych parafii przynależeli. Ich losy, historie – wszystko, co dało się wyciągnąć – bardzo ciekawe zresztą.
Poprzednia pani książka, o Białyninie i Mikołajewie, ukazała się dwa lata temu. I pamiętam z naszej ówczesnej rozmowy, że już wtedy wspominała pani o poszukiwaniach materiałów do tej właśnie książki, która się obecnie ukazała.
Tak, to właściwie szczęście, że się ukazała, bo powiem szczerze, że pracy było dużo. To jest właściwie mój doktorat, czyli właściwie można powiedzieć, że takie jedenastoletnie dziecko. Doktorat broniłam trzy lata temu i po obronie okazało się, że trzeba znacznie ten materiał skrócić, żeby nie miał takiego typowego naukowego charakteru.
Ale i tak wyszła sześciusetstronicowa książka, nawet po skróceniu…
Tak, ale to jest połowa doktoratu, gdyby wydrukować cały, to byłoby trochę więcej. Trzeba było jednak poskracać dużo rzeczy, poskracać przypisy i wyciągnąć tak naprawdę esencję z tego wszystkiego.
Czyli jest to książka popularnonaukowa?
Powiem tak: nie chciałam, żeby straciła swój naukowy charakter, absolutnie, bo przy tym temacie trzeba być dokładnym, szczegółowym, trzeba mieć oparcie w źródłach – tu nie może być nic wymyślonego. Trzeba mieć dowody na to, co się pisze, bo to jednak jest historia najnowsza, po 1945 roku…
I żyją świadkowie tej historii…
Żyją świadkowie i żyją ich rodziny. Temat jest taki trochę śliski w niektórych przypadkach, więc ja wszędzie mam dowody naukowe na to, że właśnie tak było. Książka jest napisana zupełnie innym językiem niż doktorat, bardziej w takim popularnonaukowym charakterze, jest do czytania.
Kim były „dziewczyny wyklęte”, bohaterki pani książki?
To dziewczyny, które wzięły udział w drugiej konspiracji niepodległościowej. Pierwsza konspiracja to były czasy okupacji niemieckiej i radzieckiej, do 1945 roku, a moje dziewczyny działały głównie w latach 1948-1954. Te szesnasto, osiemnasto czy dwudziestolatki wzorowały się na tradycji Szarych Szeregów i Armii Krajowej i jako nieliczne spośród młodzieży, która musiała należeć do tych wszystkich prokomunistycznych organizacji i instytucji, zdecydowały się powiedzieć komunizmowi nie. Wtedy, kiedy w Polsce podziemie antykomunistyczne było już właściwie rozbite, te nastolatki wieszały antykomunistyczne plakaty, decydowały się pomagać partyzantom, wstępowały do kółek samokształceniowych czy nawet brały udział w akcjach zbrojnych. To było bardzo twarde powiedzenie władzy komunistycznej: nie zgadzamy się na wasze rządy, my chcemy wolnej Polski. I zrobiły to tak naprawdę w najtrudniejszym okresie, kiedy społeczeństwo chciało spokoju, stało się konformistyczne i zaczęło się do nowej władzy przyzwyczajać.
I zapłaciły za to bardzo drogo…
Bardzo. Bo to były aresztowania w nocy, to były najścia na dom, to były poszukiwania, to było przynajmniej trzymiesięczne śledztwo, łącznie z torturami, z biciem, z łamaniem psychiki, z grożeniem, że aresztujemy twoją najbliższą rodzinę. Potem proces, dosyć ciężki, no i ogłoszenie wyroku – często dziesięcio czy dwunastoletniego więzienia. Dla młodej dziewczyny była to przecież tragedia. Nie dość, że walczyła o wolną Polskę, o swoje ideały, przeżyła proces, to jeszcze wyrok – wyrok z artykułu 86 paragraf 2 kodeksu karnego Wojska Polskiego. Więc nie proces cywilny, tylko wojskowy.
I w większości te dziewczyny trafiały do Bojanowa, o którym pani pisze?
Nie, najpierw trafiały do więzień centralnych, takich jak Fordon, Rawicz czy na Mokotów do Warszawy. I potem, kiedy władza, Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, się zorientowała, że tam, uwięzione ze starszymi więźniarkami, czerpią z nich przykład i jeszcze bardziej utwierdzają się w swoim oporze przeciwko władzy, to postanowiono je zmienić, zmienić ich umysły. Bojanowo to był właśnie taki specjalny łagier dla więźniarek politycznych, utworzony po to, żeby zrobić w nich homo sovieticusa.
Czy się udało, czy też nie – o tym nie będziemy dużo mówić, bo warto sięgnąć po pani książkę. A ja jestem ciekawa, dlaczego wybrała pani właśnie ten temat, dlaczego „dziewczyny wyklęte”?
Muszę tu wrócić do źródła. Moim mentorem, opiekunem naukowym jest pan profesor Jan Żaryn i kiedy jako świeżo upieczona magistrantka poszłam do niego, to tak sobie powiedzieliśmy, że może tematyka kobieca. I wtedy pani profesor Barbara Otwinowska, z którą rozmawiałam, powiedziała: trzeba się zająć dziewczętami, trzeba się zająć Bojanowem, to jest temat nieznany, nikt w Polsce prawie nie wie, że dziewczyny były tam indoktrynowane, że dziewczyny, które walczyły o wolność, przeszły przez ten specjalny łagier. I w ten właśnie sposób zajęłam się tym tematem.
Jeżeli to nieznana karta historii, to zapewne nie było łatwo o materiały…
Tak, na początku naprawdę nie było łatwo, szukałam wszędzie, ale z czasem okazało się, że tych materiałów jest dosyć dużo i jest w czym wybierać. Ale trzeba było naprawdę posiedzieć w archiwach, pogrzebać, wszystko wydobyć na światło dzienne. Zresztą ja twierdzę, że to jest temat jeszcze niezamknięty. Trafiłam do niektórych więźniarek, tych „dziewcząt wyklętych”. Większość z nich już niestety nie żyje, niektóre nie chcą nic mówić, wolą o tym zapomnieć, albo po prostu boją się mówić. Przeprowadziłam około dwudziestu wywiadów, niektóre z nich to była korespondencja. Te kobiety nie chcą mówić, albo już nie słyszą i tylko za pomocą poczty można taki wywiad przeprowadzić. Czasem tylko telefonicznie, bo niektóre nie chcą nawet swoich twarzy ujawnić. To, co zrobili komuniści w Bojanowie, na pewno odcisnęło na ich życiu ogromne piętno. Ale to, że 90 procent z nich się nie poddało, to jest ich wygrana. I to jest wygrana dla współczesnej młodzieży, która powinna czerpać z ich autorytetu i wzorować się na takich postaciach jak one. A dopiero teraz zaczyna się o nich mówić.

W Muzeum Ziemi Sochaczewskiej odbyło się spotkanie promujące tę książkę. Autorka pisze:
Dziękuję Kubie Wojewodzie, kierownikowi Działu Historycznego Muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola Bitwy nad Bzurą za spotkanie autorskie, które odbyło się 23 kwietnia 2017 roku. Kolejne takie wydarzenie będzie miało miejsce w dniu 20 maja 2017 roku podczas Sochaczewskiej Nocy Muzealnej. Zapraszam, będzie można posłuchać o „dziewczynach wyklętych” indoktrynowanych w łagrze w Bojanowie.

11-1-1

Powiązane artykuły

*

Podoba Ci się ten artykuł?
Nawet jeśli nie, to i tak możesz polubić profil Echa Powiatu, by zmobilizować do lepszej pracy naszych redaktorów :)