Człowiek ze złotym uchem

echopowiatu_wladyslaw_gudonis_komendarek

Legenda muzyki elektronicznej, kompozytor, multiinstrumentalista, miłośnik życia w zgodzie z naturą, przybysz z planety Zeta Reticuli – Władysław Gudonis Komendarek jest na co dzień mieszkańcem Sochaczewa. W programie „Dwie na jednego, czyli rozmowy rudo-blond” opowiadał o swoich mniej znanych pasjach i zainteresowaniach oraz o szczególnym trybie życia. Aleksandra Skwira i Izabela Goryniak pytały między innymi o samodzielnie tworzone kostiumy sceniczne i dietę.

IG: Wyjaśnijmy na początek twój pseudonim – Gudonis. Skąd się wziął?

To panieńskie nazwisko mojej mamy. Przyjąłem je po rozstaniu z zespołem Exodus. Ma rodzinne korzenie, więc to raczej nie pseudonim.

AS: A skoro jesteśmy przy nazwiskach, to pamiętasz taką sytuację, kiedy zmieniono ci nazwisko w czasie wyjazdu do Niemiec? Z Komendarek na Komodorek.

Tak, wyszło to z tego, że do Polski miał przyjechać jakiś didżej, właśnie Komodorek, miał zagrać jeden koncert w Warszawie, ale do tego nie doszło, jakichś formalności nie dopełniono i on w ogóle nie przyjechał. Ale w informacji było Komodorek. No i tak mnie pomylili.

AS: Ale to zabawna historia, bo był wtedy komputer o podobnej nazwie…

Tak, Commodore 64. Niemcy pewnie zmienili mi nazwisko, bo Komendarek było im trudno wymówić. No i to skojarzenie z komputerem…

IG: To przecież do ciebie pasuje, zawsze tkwiłeś w klimatach komputerowych.

No tak, chociaż Commodore 64 nigdy nie miałem. Ale teraz mam, zepsuty, dostałem od siostrzeńca.

IG: A ile masz w domu zepsutych komputerów?

Oj, dużo. Ja w tej chwili zbieram różne złomy, bo robię sobie garnitury, krawaty i inne stroje na scenę z klawiatury i części, więc dużo potrzebuję. A ile mam? Dużo. Najpierw wybieram to, co mnie interesuje, a potem się pozbywam reszty.

AS: Część komputera widzimy na twoim ręku. Masz świetną bransoletkę zrobioną z klawiatury. Coś niesamowitego!

Nie tylko klawiatura, bo nawet płytka jest, w towarzystwie pestek z daktyla. A pestki się dobrze czują, bo się muszą uodpornić na elektronikę. To jest natura, a płytki wytworzone przez człowieka. Jeszcze się okazuje, że trochę złota jest na każdej płytce…

IG: Twoje kreacje sceniczne są szalone – i sam je sobie tworzysz?

Tak. Po śmierci mamy coś uderzyło w mojej głowie, że wreszcie trzeba na tej scenie inaczej wyglądać. A żeby inaczej wyglądać, to trzeba sobie coś wymyśleć . W Exodusie mieliśmy jakieś stroje, ale ja nigdy nie przywiązywałem do tego wagi. Jest taka historia: w początkowej fazie zespołu idziemy z Puczyńskim w Sopocie na spacer. I mówi Andrzej do mnie – jak ty wyglądasz, masz dziury na kolanach! I tak sobie pomyślałem – byłem pierwszym człowiekiem w Europie, który tę modę wprowadził (śmiech). I proszę – po kilkunastu latach można to było zobaczyć w Wielkiej Brytanii. Ale moda modą, a trzeba być sobą i być niezależnym w tym, co się nosi. Mieć swój własny rozum i cały czas wymyślać, nieważne, czy się jest artystą czy nie. Najważniejsze, żeby była duża swoboda. Nie znoszę garniturów – nigdy garnituru nie miałem, krawacik założyłem jak miałem 11 lat, bo było jakieś święto…

AS: Ale jeżeli założysz kiedyś garnitur, to będzie zrobiony z klawiatury.

Tak, to nawet będzie frak! Kosztować to będzie dużo czasu, ale zrobię. Może to trwać nawet półtora roku.

IG: Żyjesz wśród drzew i krzewów, a słyszałam nawet, że jeśli się nie zna tajemnych ścieżek, to trudno się do ciebie dostać. To prawda?

No, musi być przeszkolenie. Bo po pierwsze można się przewrócić o kable, a po drugie nie we wszystkich miejscach jest światło, bo ja najlepiej tworzę, kiedy jest ciemno.

IG: A te wszystkie chaszcze dookoła?

Bo uważam, że przyroda musi się tak zachowywać, jak sama chce, a nie tak, jak ją ktoś ukształtuje. Owszem, można sobie trawniczek ładnie przystrzyc, ale generalnie nie można ingerować w przyrodę. Jak się będzie ingerować, to przyroda się prędzej czy później zemści.

IG: Można cię nazwać ekologiem?

Można. Ja czasem cierpię, że roślinka nie rośnie, bo ktoś ją zadeptał albo zniszczył, bo ma takie upodobanie. Idzie ulicą, pije piwo i szarpie się z drzewem. To mnie denerwuje, bo po co. Są inne zajęcia. Są boiska, jest basen – można tam gimnastykę sobie uprawiać. A drzewo niby oczu nie ma, ale też się męczy. Jak się obetnie wszystko w koronie, to umiera.

AS: Jestem strasznie ciekawa, jak wygląda wobec tego twoja dieta.

IG: A ja sformułowałabym pytanie inaczej – czy ty w ogóle jesz?

Bardzo po troszku i przez cały dzień. Na przykład jak pigwę urwę, najpierw szklanka wody z łyżeczką miodu, odpoczynek pół godziny, potem pigwa. A że pigwa ma dużo pestek, to też je jem. W ogóle ostatnio jem dużo pestek ze wszystkich owoców. A te pestki z pigwy to jem w nocy. Śpię i żuję. Czyli jem – tu okruszek, tam ciasteczko, albo na przykład pokrzywa. Jak wiosna się zbliża, to jest święto pokrzywy. Ja od czterdziestu lat zaczynam wiosnę od pokrzywy i do lipca mniej więcej je jem. Ktoś próbował mi kiedyś dorównać, to była żona Andrzeja Puczyńskiego. Ale odpadła. Jak ktoś się boi, to jest taki sposób: umoczyć pokrzywę w wodzie i ona już nie będzie parzyć.

IG: Ta dieta ma znakomite efekty, bo nie chorujesz.

To racja. Ale odżywiam się nieregularnie. Czasami przed spaniem, bo przy pracy zapominam…

AS: Czyli jesz wtedy, kiedy organizm potrzebuje. Ty to czujesz po prostu.

To dobre określenie. Jak organizm potrzebuje, to je. Jak chce surową marchewkę, to się ją je przez trzy dni na przykład. A później pietruszkę można, też surową. Ja nie rozpatruję jedzenia tak, że jak jest coś dobrze przyrządzone, to w porządku, to się je. Dla mnie smak jest nieistotny. Ważne jest to, co produkt wnosi do organizmu. Smak mnie nie interesuje. Sok z buraczków na przykład. Ugotuję pięć buraczków i przez tydzień tylko to piję, bez żadnej herbaty. Niektórzy mówią, że to ma wstrętny smak, ja się do tego przyzwyczaiłem – a to jest potrzebne.

AS: A czy w skład twojej – nazwijmy to – diety wchodzi też energia słoneczna?

Jak jest słońce, to ja zaczynam żyć. Jest inna energia. Ja się nie nadaję do naszego klimatu. Najlepiej, jakby było 40 stopni cały rok.

AS: Słyszałam opowieść, jak przez kilka tygodni czatowałeś na słowika, żeby go nagrać.

Najpierw kilka lat się do tego przymierzałem, ale odkładałem. Może z lenistwa, a może dlatego, że była obwodnica uruchomiona za domem i był większy hałas. Ale w końcu stwierdziłem, że najmniejszy hałas jest między drugą a czwartą w nocy i w końcu przymierzyłem i nagrałem i ze trzy lata już to mam. Przeprowadzałem wtedy eksperymenty. Byłem jakieś 30 metrów od domu i to, co nagrałem, to odtwarzałem później pod drzewem. I zauważyłem, że się ten słowik przemieszczał wtedy, jakby czegoś szukał, z jednej gałęzi na drugą – jak tylko ten dźwięk puściłem. To było ciekawe.

AS: Żeby tak zupełnie nie omijać tematów muzycznych, przypomnijmy, że otrzymałeś nagrodę „Człowieka ze złotym uchem”.

Tak, trzy lata temu w Łodzi na festiwalu producentów wręczono mi taką statuetkę, złote ucho. Coś w tym jest. Bo na przykład jak słucham Rolling Stonesów, to mogę skupić się na jednym muzyku, wyodrębnić jego linię melodyczną i nawet stwierdzić, czy basista gra na chorusie czy surowym dźwiękiem, czy jeszcze przez jakiś efekt. Ja to słyszę. Mnie nie przeszkadza wtedy gra partnerów czy wokalista, tylko skupiam się na basiście, wyłapuję dźwięki i wiem, co on gra. To trudno wytłumaczyć, bo nie każdy tak może. Ja wyłapię każdy dźwięk. Kiedyś robiłem V Symfonię Beethovena i nie chciało mi się jechać do Warszawy po nuty, a internet jeszcze nie był zaawansowany, to znalazłem w domu płytę z nagraniem i wyłapałem z niej wszystko. Nie mając nut. Nie mam z tym problemu i nigdy nie miałem.

Dziękujemy za spotkanie.

Cała rozmowa na www.radiosochaczew.pl

Foto Rafał Klęk

Powiązane artykuły

2 komentarzy

  1. Pingback: Media o nas - Soundedit 2016

  2. Pingback: Press - Soundedit 2016

*

Podoba Ci się ten artykuł?
Nawet jeśli nie, to i tak możesz polubić profil Echa Powiatu, by zmobilizować do lepszej pracy naszych redaktorów :)