Nigdy nie mów, że nie masz czasu

echopowiatu_WOŚP

 

Ze Zbigniewem Gerasikiem, przedsiębiorcą, filantropem, inicjatorem wielu akcji pomocowych i właścicielem mnóstwa serduszek WOŚP rozmawia Maria Jesiołowska. 

W którym roku kupił Pan pierwsze serduszko?

Moja przygoda z WOŚP-em zaczęła się niewinnie. Na początku były karty telefoniczne, jakieś zawieszki, broszki, medale – to, na co mogłem sobie pozwolić. Potem urodziło mi się dziecko i związane z tym mocne przeżycie – przez miesiąc leżało w inkubatorze. Wtedy zobaczyłem pierwszy inkubator z serduszkiem WOŚP. To mną na tyle poruszyło, że postanowiłem dowiedzieć się, co to jest to serduszko, na czym polegają licytacje, gdzie są przeprowadzane, w jaki sposób. Udało mi się dotrzeć to jednej z tych licytacji i postanowiłem zdobyć serduszko. WOŚP jest specyficzną akcją – nie polega na typowym zbieraniu pieniędzy. To jest też fajna zabawa poprzez licytowanie różnych gadżetów, co ludzi też finansowo nie boli. Niektórzy oddają swoje zbędne przedmioty, które mogą mieć wartość sentymentalną, ale nie mają realnego wpływu na ich życie, a inni je kupują. Daje im to satysfakcję duchową, a wszystko finalnie trafia do dzieci.

Syn w którym roku się urodził?

W 1996.

Czyli w 1997 roku kupił Pan pierwsze serduszko.

Tak.

I od tamtego czasu ile Pan ich kupił?

Kupowałem co roku.

Czyli prawie 20 serduszek w kolekcji?

Serduszek jest 17, dlatego, że najpierw była pierwsza seria od 1993 do 2003 roku. Późnej była przerwa. Nie było serduszek, były tzw. medale.

I medale też Pan kupował?

Medale też kupowałem. Ale medale mam tylko trzy. Brałem też udział w innych licytacjach, np. spędzałem dzień w jednostce wojskowej z żoną, która brała udział w różnych teledyskach. Różne historie temu towarzyszyły. Raz np. licytowałem złoty pierścionek z dużym brylantem.

Dowiedział się Pan, do kogo należał?

Tak. Para poznała się na 10-leciu Wielkiej Orkiestry. Ona była wolontariuszką, on wrzucał do puszki. Byli ze sobą 10 lat. Na 20-lecie Orkiestry oświadczył się jej, a ona powiedziała „nie”. Postanowili wspólnie, że pierścionek przekażą na aukcję.

Co Pan robi z serduszkami?

Trzymam je w gablocie, patrzą na siebie codziennie. Postanowiłem zgromadzić wszystkie serduszka. Sztab WOŚP co roku wystawia serduszka z różnych lat, bo ludzie je ponownie oddają. W tamtym roku znalazłem serduszko z 2002 roku. Wyjątkowe, bo jest z cyrkonią w środku. Zebrałem wszystkie, które zostały wydane.

I w tym roku kolejne?

Poluję na nie.

Pana przygoda z WOŚP zaczęła się od osobistego przeżycia. Ale to nie jest jedyna akcja, fundacja, którą Pan wspiera.

Wcześniej była taka fajna akcja w Warszawie zwana Pogotowiem Świętego Mikołaja. To były paczki robione przez firmy dla biednych rodzin w Warszawie. Jeździliśmy po domach wieczorami i te paczki rozwoziliśmy. Było to bardzo wzruszające – móc spotkać tych ludzi, zobaczyć ich radość, porozmawiać z nimi. Czasami są nawet wspólnie popłakaliśmy. Byłem wtedy dwudziestolatkiem …

Dość wcześnie się w Panu instynkt pomagania narodził.

To gdzieś tam pochodzi z dzieciństwa. Było takie zdarzenie, o którym pamiętam do tej pory. Był stan wojenny. Przychodziły do Polski paczki z RFN, ze Szwecji, z Holandii. Przychodziło masło i olej w dużych beczkach. Mama była sołtysem i to rozdzielała. Ja i mój brat jako mali chłopcy kroiliśmy to masło, rozlewaliśmy olej, przychodzili ludzie i im to wręczaliśmy. Pamiętam, że fajnie się wtedy czułem, jak przebywałem z tymi ludźmi, jak oni byli zadowoleni. To był ten pierwszy impuls.

Nie każdy jednak reaguje tak jak Pan. Wiele osób pamięta te paczki, a jednak Polacy nie są skorzy do pomocy. Zawsze szukają drugiego dna, zastanawiają się, ile właściciel fundacji na tym zarobi itp.

Często się nad tym zastanawiałem. Jest dużo akcji, które nie są autoryzowane przez żadne stowarzyszenia czy przez fundacje. Staram się ich unikać. Bardzo dużo oszustw się zdarza. Ktoś pokazuje zdjęcia chorych dzieci, a potem te pieniądze przepadają. Jeżeli natomiast akcje są autoryzowane przez znane stowarzyszenia to myślę, że warto w nie inwestować. Oczywiście dużo jest ludzi, którzy potrzebują impulsów, mentorów, którzy ich zaczepią i oni wtedy pomogą. Widzę po sobie, że wiele osób potrzebuje zaproszenia.

To jaka jest Pana metoda?

Zapraszam znajomego do pomocy, nie finansowej, tylko żeby przyszedł, coś zrobił, coś ugotował. Często taka osoba mówi, że nie ma czasu, ale że da jakieś pieniądze. Tak, że działa to też w ten sposób.

Ale daje z potrzeby serca czy dla świętego spokoju? Czy to nie ma znaczenia, bo pieniądze i tak trafiają do fundacji? Czy motywacja ma dla Pana znaczenie?

Często jest tak, że po fakcie coś się zmienia. Od jakiegoś czasu jestem prezesem w ogrodach działkowych na warszawskiej Woli. Tam była kilka lat temu idea wspierania domów dziecka. Postanowiliśmy zorganizować z kolegą piknik. Poprosiliśmy działkowców, mieszkańców, firmy o pomoc. Odzew był bardzo mały. Zrobiliśmy więc to za swoje pieniądze. Przyszły dzieci. Byli animatorzy, którzy pracowali za darmo, wszyscy się świetnie bawiliśmy. Ci ludzie patrzyli na to z niedowierzaniem. W kolejnym roku poprosiliśmy ich o pomoc – nie tylko finansową, ale żeby przystroili salę, przyszli, pobawili się z tymi dziećmi. Okazało się, że zebraliśmy ponad 30 000 zł.

A zdarzyło się Panu, że został Pan oszukany przez jakąś fundację, pieniądze nie trafiły tam, gdzie trafić powinny?

Nie zdarzyło mi się.

To jak się Pan przed takimi historiami zabezpiecza?

Staram się brać udział w takich akcjach, które ktoś autoryzuje – znajomy, ktoś kogo znam. Takim przykładem może być chłopiec z Sochaczewa – Kuba, który w zeszłym roku zbierał pieniądze na rehabilitację. Znajoma, która znała tę rodzinę, poprosiła mnie o pomoc. I właśnie takich ludzi szukam. Nie oddaję siebie i swojego czasu na  jakieś cele, które są mi nieznane i wątpliwe.

Nie ma Pan czasami dosyć? Cały życie Pan wspiera różne akcje, różnych ludzi, wystarczy tego.

Wydaje mi się, że to jest kwestia pewnej wrażliwości. Niektórzy nie czują takiej potrzeby, myślą o sobie, bo zawsze kiedyś mogą mieć źle. Całe życie zabezpieczają się na czarną godzinę. A inni ludzie są bardziej otwarci i optymistyczni i czują satysfakcję emocjonalną. Nie sztuką jest wyjąć z kieszeni tysiąc złotych, 2 tysiące, pięć. Ważne jest, żeby poznać tego człowieka, któremu się pomaga, przeżyć to z nim.

Jakie było najważniesze spotkanie, jakie Pan miał z osobą, której Pan pomógł?

Najpiękniejsze spotkanie było z dzieciakami z domu dziecka z Nowogrodzkiej w Warszawie. Byli niesamowicie pozytywnie nastawienie, cieszyli się każdą chwilą. I najbardziej cieszyli się nie z cukierków, miśków czy prezentów, które dostali, ale z tego, że poświęcaliśmy im czas.

Dobra lekcja pokory dla wszystkich.

Tak i bardzo wzruszająca. A drugie to była pierwsza akcja Szlachetnej Paczki. Wybrałem rodzinę wielodzietną, bardzo skromną. Dołączyli się do tego moi znajomi. Zebraliśmy wszystkie potrzeby tej rodziny. Na koniec zabrałem dziewczyny na zakupy, bo jedną z potrzeb były ubrania. 4 dziewczyny, nastolatki. Co mnie urzekło na tych zakupach – wybierały bardzo tanie rzeczy i wybrały ich kilka. Na koniec poprosiły mnie, żebym pomógł im wybrać prezenty dla rodziców na gwiazdkę. Tacie kupiły perfumy, a mamie chciały kupić zegarek. Zapytałem się dlaczego. Powiedziały, że mama kiedyś pożyczyła koleżance, a ta go zgubiła. Do tej pory utrzymuję z nimi kontakt. Potem były inne rodziny, ale ta szczególnie zapadła mi w serce.

To jest WOŚP, Szlachetna Paczka, dzieci z domów dziecka, różne pojedyncze przypadki, na które Pan się natknie. Trochę dużo tego jest.

Żona mówi, że za dużo.

Jak Pan to wszystko godzi? Jest przecież jeszcze rodzina, życie zawodowe.

Staram się ostatnio słuchać mojego syna, który ma 21 lat. Powiedział mi ostatnio, że w życiu są najważniejsze dwie rzeczy.

Co jest najważniejsze według Pana syna?

Po pierwsze – życie jest piękne. A po drugie – nigdy nie mów, że nie masz czasu. To jest wymówka. Jeśli chcesz mieć czas, to sobie go musisz zorganizować. I staram się od jakiegoś czasu przeorganizować swoje życie zawodowe tak, żebym  więcej czasu mógł spędzać z rodzinną.

Robi Pan mnóstwo wspaniałych rzeczy, ale nie odbywa się to czasem kosztem rodziny?

Rodzina włącza się w to – mój brat, rodzice, teściowie, znajomi.

Rozpoczął Pan łańcuszek.

Tak. Taki mam plan, żeby jak najwięcej osób angażować.

Mówił Pan, że najbliższa rodzina się angażuje. Żona, dzieci biorą razem z Panem udział w różnych akcjach?

Córka często zadaje mi pytanie – co w tym roku będziemy robić, jakie akcje wspierać?

Ale zaraził ich Pan tym czy jest to na zasadzie – tata każe, to robimy?

Nie, chcą sami, interesują się.

Jest jakaś akcja w Polsce, fundacja, stowarzyszenie, którego działalność szczególnie Pan podziwia? Można to rozróżniać czy pomoc jest pomocą bez względu do kogo trafi?

Dużo jest tych fundacji i nie rozdzielałbym tego tak. Ostatnio fajnie zachował się Caritas, który wsparł oficjalnie Orkiestrę. Jest to coś wspaniałego. Znam ludzi, którzy wprost mówią mi, żebym nie popierał WOŚP, tylko Caritas.

Z czego to wynika? I jedni i drudzy chcą pomagać.

Ma to niestety podłoże polityczne. Caritas jest bliżej prawicy i ci ludzi, którzy są z prawicą związani, będą wspierać tę organizację. WOŚP jest bardziej komercyjny, wspierają go bardziej liberalne osoby. I dlatego fajne jest, że fundacje jednoczą się i że idea pomagania jest najważniejsza.

Mówił Pan, jakie są najważniejsze rzeczy w życiu według Pana syna. A co jest najważniejsze według Zbigniewa Gerasika?

Najważniejsza jest miłość do siebie i do drugiego człowieka. Życie jest jedno niepowtarzalne, nie da się żyć drugi raz. Ważne, żeby żyć w harmonii, satysfakcji i miłości do innych ludzi.

Powiązane artykuły

*

Podoba Ci się ten artykuł?
Nawet jeśli nie, to i tak możesz polubić profil Echa Powiatu, by zmobilizować do lepszej pracy naszych redaktorów :)