O wycieczce rowerowej, która zaprowadziła nas do „Doliny Słońca”

echopowiatu_wycieczka_rowerowa

Artykuł Julii Gabryś (I miejsce w kategorii prace indywidualne – szkoła podstawowa) nagrodzony w XIV edycji konkursu dziennikarskiego pt. „Jak zostać rzetelnym i interesującym dziennikarzem w epoce informacji”.

Mieszkam po drugiej stronie lasu i rzadko wypuszczam się w kierunku jego południowej części. Tamten teren należy już do sąsiedniej gminy, ma swoją szkołę, ośrodek zdrowia i parafię. Oznacza to, że nie mam zbyt wielu okazji do kontaktów z osobami, które tam mieszkają.

Pewnego jednak dnia wybrałam się ze swoją starszą siostrą na dłuższą wyprawę rowerową. Jechałyśmy leśnymi duktami, podziwiając piękno budzącej się przyrody. Poranne słońce dodawało nam energii, oświetlało wiszące na drzewach pajęczyny, które wyglądały jak zawieszone tam instalacje. Byłam kiedyś w muzeum sztuki nowoczesnej – większość prac, które tam widziałam, nazwano właśnie instalacjami. Bardzo spodobało mi się to określenie, ale nawet najpiękniejsza i najbardziej wymyślna instalacja w muzeum nie może się równać pięknu i prostocie takiej pajęczyny.

Mijana okolica była przepiękna, dziewicza. Miałam wrażenie, że nie była w ogóle dotknięta ręką człowieka, choć zdawałam sobie sprawę z tego, że to raczej niemożliwe. Mijałyśmy leśne polany, porośnięte miękkim zielonym mchem, ogromne połacie lasu, dzikie chaszcze. W powietrzu unosił się niesamowity zapach. Najprościej byłoby powiedzieć, że był to zapach lasu, ale to za mało. Zapachy sosnowych igieł mieszały się z zapachami kwitnącymi leśnych kwiatów, doprawione wonią ostrego, majowego powietrza. Wiosna rozgościła się na dobre!

Droga, którą jechałyśmy, zdawała się być od jakiegoś momentu nieco szersza, doprowadzając nas do dużego ogrodzenia. Byłyśmy już trochę zmęczone i szukałyśmy miejsca, gdzie można byłoby odpocząć, ale dotąd takiego nie znalazłyśmy.

Przez ażurowy płot zobaczyłyśmy huśtawki, ławeczki i zjeżdżalnię dla dzieci. Teren był bardzo rozległy i raczej nie wyglądał na zwyczajny dom. Przed furtką zobaczyłyśmy szyld, na którym podano informację, że znajdujemy się już niemal na terenie ośrodka „Dolina Słońca”.

Dojrzałyśmy, że w jednej części ośrodka ktoś grilluje, zapach piekących się kiełbasek niemiłosiernie drażnił nam nosy. Niepewnie uchyliłyśmy furtkę mając nadzieję, że można tu będzie odetchnąć po trudach naszej rowerowej wyprawy.

Kiedy już weszłyśmy głębiej, zobaczyłam tablicę, na której napisano, że jest to dom samotnej matki oraz ośrodek dla ofiar przemocy w rodzinie. Zupełnie nie rozumiałam, co może to oznaczać. Już chciałyśmy się wycofać, ale tej właśnie chwili podszedł do nas jakiś pan i zapytał, czy może nam w czymś pomóc. Widząc nasze spojrzenia, tęsknie zerkające w stronę grilla zaprosił nas na herbatę i gorącą kiełbaskę. Wiem, że nie należy korzystać z posiłków oferowanych przez nieznajomych, ale w ośrodku było też wiele innych osób, co nas uspokoiło. Zaintrygowało mnie to miejsce, bo zauważyłam jeszcze ludzi, którzy pływali kajakiem po tutejszym małym stawie. Widać było, że gospodarze starają się zachować jego linię brzegową w jak najbardziej naturalnej formie.

Pan, który nas powitał przedstawiając się, powiedział, że ma na imię Ryszard i zajmuje się ośrodkiem. Wręczył nam mały kolorowy informator z propozycjami ośrodka. Kiedy już posiliłyśmy się kiełbaskami, przy drugiej szklance gorącej herbaty zapoznałyśmy się z przedstawioną nam ofertą. Ośrodek zapraszał zielone szkoły, firmy i osoby indywidualne do korzystania z miejsc noclegowych, organizowania uroczystości rodzinnych, szkoleń czy innych spotkań. Muszę przyznać, że miejsce ku temu wydawało się cudowne. Schowane niemal w środku lasu, dające tak dużą możliwość obcowania z przyrodą. Cisza, spokój i las – czegóż można chcieć więcej, by odpocząć?

Zapytałam pana Ryszarda, co oznacza informacja o domu samotnej matki. Odpowiedział, że ośrodek składa się jakby z dwóch części. Jedna z nich, ta na terenie której się właśnie znajdujemy jest przeznaczona dla gości ośrodka, a druga, po prawej stronie od bramy wjazdowej – służy osobom w różnych trudnych sytuacjach życiowych. Bardzo mnie to zaintrygowało, zapytałam zatem Pana Ryszarda, czy mógłby ze mną na ten temat porozmawiać, bo temat wydał mi się niezwykle frapujący.

Dowiedziałam się, że do ośrodka trafiają matki i dzieci, które z różnych powodów nie mogą mieszkać w swoim domu. Na początku nie mogłam zrozumieć, jak to możliwe, że ktoś nie może mieszkać w swoim domu. Czy chodzi o to, że dom strawił pożar, czy może o to, że wybuchł gaz? W telewizji co jakiś czas można zobaczyć, że wybuch gazu zniszczył kolejny dom. Pan Ryszard powiedział, że osoby dotknięte takimi nieszczęściami również mogą zamieszkać w tym miejscu, ale nie chodzi tylko o takie losowe, tragiczne sytuacje.

Powiedział, że czasem zdarza się, że dorośli nie potrafią się ze sobą porozumieć i bardzo różnie wówczas reagują. Niektórzy rozchodzą się spokojnie – każdy odchodzi w swoją stronę, a zanim rozejdą się na dobre, ustalają szczegóły dotyczące opieki nad dziećmi, jeśli takie mają, a także ustalają wszelkie kwestie majątkowe. Rozstanie jest zawsze trudnym przeżyciem, prowadzi do niego wiele przyczyn, nie każdy potrafi sobie z tym poradzić. Sama wiem, że rozstania są trudne, bo kiedy moja najlepsza przyjaciółka Lena wyprowadziła się do innego miasta i opuściła naszą szkołę, na początku w ogóle nie potrafiłam sobie znaleźć miejsca. Nie wiedziałam z kim spędzać przerwy, bo każdy miał już swoje koleżanki, a ja sama dotąd cały wolny czas spędzałam właśnie z Leną. Pamiętam, że był to dla mnie bardzo trudny czas.

Siedziałam teraz na ławeczce i dziwiłam się, że są dorośli ludzie, którzy potrafią się tak okropnie zachowywać. Rozumiem jeszcze dzieci w piaskownicy, które mogą bić się o wiaderko czy łopatkę. Albo nawet nasze bitwy z siostrą. Nie mogę jednak zrozumieć, jak to możliwe, że dorosłe osoby ranią się nawzajem, także fizycznie. Podobno na świecie żyje obecnie 7,5 miliarda ludzi, jak więc to możliwe, że osoby, które wybrały siebie spośród takiego mnóstwa ludzi, stają się dla siebie wrogami? Czy może być prawdą to, że jedna dorosła osoba wypędza drugą z domu? Albo że jakaś mama chroniąc swe dzieci ucieka z nimi z domu? Chciałabym, żeby okazało się to nieprawdą, ale poważna mina pana Ryszarda mówiła swoje. Zresztą, u nas w klasie też była kiedyś dziewczynka, której sytuacja wcale nie była wesoła. Nie miała zbyt wielu ubrań i przyborów szkolnych, a te które miała, nosiły ślady wielokrotnego użytkowania. Nigdy nie chciała się z nami bawić, wydawała się jakaś taka zagubiona czy przestraszona. Potem gdzieś nagle zniknęła, wyprowadziła się z mamą i swoim młodszym bratem, nie było ich nawet podczas rozdania świadectw. Podsłuchałam kiedyś rozmowę w naszym sklepie spożywczym, gdzie spotykają się wszystkie panie z okolicy. Jedna opowiadała innej, że mama tej dziewczynki z mojej klasy znalazła miejsce w jakimś schronisku. Opowiedziałam o tym panu Ryszardowi, a on powiedział, że jest to całkiem możliwe, bo są różne rodzaje domów, w których można otrzymać schronienie i wsparcie.

Dorośli myślą, że jesteśmy ciągle małymi dziećmi, i kiedy pojawiamy się w ich pobliżu podczas jakiejś poważnej rozmowy zmieniają nagle temat albo mówią jakimiś półsłówkami. A przecież w telewizji niemal przez cały dzień pokazywane są programy, które przedstawiają różne dziwne historie. Mama zawsze się denerwuje, kiedy chcę oglądać te programy, ale w naszej klasie oglądają je i tak prawie wszyscy, dobrze wiemy, co jest w nich pokazywane.

Zamyśliłam się na chwilę, a pan Ryszard powiedział , że każda trudna chwila w naszym życiu jest przejściowa, że należy robić wszystko, żeby tak właśnie było.

– Każdy z nas – mówił – może znaleźć się w trudnej dla siebie sytuacji. Nigdy nie należy nikogo oceniać po tym, że mu się w życiu noga podwinęła, bo nie wiemy, jakie okoliczności do tego doprowadziły. W ośrodku, w którym jesteśmy, mieszkały już osoby ze wszystkich warstw społecznych, co świadczy jedynie o tym, że problemy może mieć każdy z nas.

W tej chwili przypomniałam sobie także, że przecież moja kuzynka Paulina czasami przybiegała do nas o bardzo późnej porze, ze swoją siostra Anią. Nieraz towarzyszyła im moja ciocia, Renata, a czasem przybiegały same. Często wtedy płakały, były bardzo przestraszone i smutne. Mama przytulała je wtedy serdecznie, sadzała w kuchni i robiła im gorące kakao. Kiedy już nieco ochłonęły, rozkładała dla nich kanapę w naszym pokoju gościnnym. Wiem, że wujek Tadek nadużywał alkoholu i robił się wtedy bardzo agresywny. Kiedyś na urodzinach babci sama się go przestraszyłam, bo okropnie krzyczał na ciocię i nawet tak mocno szarpnął ją za rękę, jakby chciał ją wykręcić. Pomyślałam sobie wtedy, że ten wujek rzeczywiście jest dziwny. Kiedy widywałam go w innych okolicznościach potrafił być bardzo fajny, pokazywał nam swoje gołębie, które hodował na strychu. Widać było, że jest z nich bardzo dumny, znał wszystkie po imieniu. Pewnego razu, gdy wiał dość duży wiatr, wyszedł z nami na podwórko i puszczał latawce, które zrobiliśmy kiedyś razem. Puszczanie latawców wcale nie jest taką prostą sprawą, trzeba uważać, żeby sznurek się nie splątał, a sam latawiec o coś nie zahaczył. Kiedy wszystko się uda i latawiec szybuje już po niebie, za każdym razem, gdy to widzę, przepełnia mnie uczucie niesamowitej radości.

Sama już nie wiem co myśleć o tym wujku. Wygląda to tak, jakby w jednym człowieku zamieszkiwały dwie osoby. Wszystko było pięknie, kiedy dochodziła do głosu ta fajna osoba, ale kiedy tylko górę brała druga – było naprawdę przerażająco. Ciocia nieraz żaliła się mamie, że dłużej tego nie zniesie, ale ma dzieci. Kiedyś przebudziłam się w nocy i chciałam wejść do kuchni, żeby się czegoś napić. Widziałam pochyloną nad naszym kuchennym stołem ciocię i przybliżoną do niej mamę, która coś jej cichutko mówiła. Uznałam, że nie jest to dobry moment, żebym wchodziła. Mama i ciocia myślały, że już dawno śpimy, ale część ich rozmowy jednak usłyszałam. Wcale nie podsłuchiwałam, tylko słychać je było, kiedy szłam do kuchni. Ciocia mówiła, że już dawno by odeszła od wujka, ale nie ma dokąd pójść. Powiedziała, że nie ma pracy, mieszkania, że nigdy wcześnie nigdzie nie pracowała, bo zajmowała się domem. Powiedziała też, że wujek jest bardzo lubiany i na pewno nikt nie uwierzyłby we wszystkie te rzeczy, które czasem mówi i robi. Nie wiem, co mama powiedziała cioci, bo czmychnęłam zaraz do pokoju. Było mi bardzo dziwnie, poczułam taki duży niepokój, a nawet strach. Nie wiem czego się bałam , byłam przecież w swoim domu, w swoim pokoju i nawet w swoim łóżku. Szkoda mi było cioci, która mówiła, że nie ma dokąd pójść. Może mogłaby po prostu zamieszkać u nas? My z siostrą mogłybyśmy przenieść się do pokoju gościnnego, a im udostępnić nasz lub odwrotnie.

Nie mogłam jednak tego powiedzieć, bo przecież nikt nie wiedział, że słyszałam tę rozmowę. Doleciało jeszcze do mnie, gdy już dochodziłam do swojego pokoju, że wujek powinien się leczyć, bo alkoholizm jest chorobą.

Wiem, że to prawda, wiedziałam w naszej przychodni plakat na ten temat. Były tam podane miejsca, do których można się zwrócić i oznaki, które powinny wzbudzić nasz niepokój. Ktoś, kto stworzył ten plakat, chyba znał naszego wujka!

Kiedy tak rozmawiałam z Panem Ryszardem, wszystkie te wspomnienia stanęły przede mną jak żywe. W oparciu o informacje, które otrzymałam od pana Ryszarda, zrozumiałam już, że także takie osoby jak ciocia mogłyby tu zamieszkać.

Pan Ryszard powiedział mi, że mieszają tu mamy z dziećmi w różnym wieku. Maluchy beztrosko biegają całymi dniami po podwórzu, korzystają z palcu zabaw, dziecięcych rowerków i hulajnóg. Dzieci, które chodzą do szkoły, trzeba odprowadzać do przystanku, gdzie czeka na nie autobus szkolny. Kiedy wracają ze szkoły muszą się uczyć i odrabiać lekcje, choć kusi ich plac zabaw, który widzą z okna.

Zapytałam pana Ryszarda kim są osoby, które pływały na kajaku, bo widziałam tam kilku młodych mężczyzn. Pan Ryszard odpowiedział, że jest to grupa gości, która przyjechała tu wypocząć. Wyjaśnił mi, że cała ta część przeznaczona dla gości – sala bilardowa, pokoje hotelowe, a nawet sauna funkcjonuje po to, by ta druga część, gdzie mieszkają osoby w różnych trudnych sytuacjach mogła funkcjonować przez cały rok. Powiedział, że ośrodek trzeba ogrzewać przez cały rok, żeby nie zamarzły zimą rury, a także po to, by uzyskać ciepłą wodę. Ośrodek ponosi wiele kosztów stałych, takich jak choćby rachunki za energię elektryczną, opłaty za wywóz śmieci czy zakup opału. Widziałam ogromną stertę węgla, która w domku u mojej babci starczyłaby chyba na cały rok, a tutaj tylko na dwa miesiące, bo jest siedem domów do ogrzania!

Poza tym trzeba stale kupować żywność i inne potrzebne rzeczy zamieszkałym tu osobom. Dzięki temu, że przyjeżdżają tu goście korzystający z odpłatnej części ośrodka jest to możliwe.

Kiedy rozmawialiśmy jeszcze z Panem Ryszardem, podbiegła w naszą stronę mała dziewczynka z różową piłką. Piłka wypadła jej z rączek i potoczyła się wprost pod nasze nogi. Dziewczynka była bardzo rezolutna i widać było, że szuka towarzysza zabaw. Być może nawet upuściła specjalnie piłkę, sama przecież też czasem tak robiłam. Odeszłyśmy z siostrą od stołu i rzuciłyśmy lekko piłkę do dziewczynki. Zapiszczała z radości, widać było, że chce nas wciągnąć do zabawy. Z ogromną radością rzucałyśmy do niej piłkę, a po chwili dołączyły do nas jeszcze inne dzieci. Początkowo tylko się przyglądały, ale zachęcone przez moją siostrę dołączyły do zabawy. Na początku tylko przerzucaliśmy piłkę do kolejnej osoby, ale wkrótce zaczęliśmy wszyscy grać w zbijaka

– Jak się nazywasz, bo ja Paweł – usłyszałam po chwili. Stał obok mnie wysoki chłopiec z kręconymi włosami i okularami na nosie. – Martynka to moja siostra – powiedział wskazując na dziewczynkę, która podbiegła do nas jako pierwsza. Na początku nie wiedziałam co mam mówić, ale dzięki wspólnej zabawie bardzo szybko nawiązaliśmy kontakt. Okazało się, że Paweł chodzi do szóstej klasy w Śladowie. Przypomniałam sobie, że nasza pani od wychowania fizycznego mówiła, że wkrótce ma zostać zorganizowany międzyszkolny turniej piłki nożnej. Paweł też o tym słyszał, bo jego szkoła także się tam wybiera. Ucieszyłam się, że kiedy już pojedziemy na ten turniej będę wreszcie znała choć jedną osobę z innej szkoły, bo do tej pory naprawdę nie znałam nikogo. Paweł okazał się bardzo miłym kolegą, pokazał mi kilka piłkarskich sztuczek, które chciałabym doszlifować, ale na początku piłka ciągle mi gdzieś uciekała. Paweł powiedział, że na pewno sobie poradzę bo widać, że mam talent, a do turnieju zostało jeszcze trochę czasu.

Nasza niespodziewana wizyta musiała już dobiec końca. Nie spodziewałam się, że jadąc z siostrą na wycieczkę rowerową znajdę się w takim miejscu. Nie zastanawiałam się wcześniej nad podobnymi problemami. Mam swój dom, rodziców, siostrę z którą czasem walczę, ale przecież tak naprawdę się kochamy. Nie musimy nigdzie uciekać, szukać wsparcia u rodziny czy u obcych ludzi. Ta wizyta uświadomiła mi, że wokół mnie, nawet w mojej klasie czy szkole mogą być dzieci, w domach których dzieją się różne złe czy trudne rzeczy. Wiem, że ja sama nie mogę odmienić ich losu, bo do tego potrzebne jest zaangażowanie innych dorosłych osób, a czasem instytucji czy nawet policji. Wiem, bo nieraz widziałam podobne rzeczy w programie „Sąd rodzinny” czy „Anna Maria Wesołowska”.

Mogę jednak sprawić, żeby dzieci, które są w trudnej sytuacji nie czuły się gorsze ani opuszczone. U nas w szkole wszyscy chwalą się swoimi nowymi komórkami, każdy chce mieć coraz lepszą, a jeśli ktoś ma jakiś stary model jest wyśmiewany przez innych i nie należy do żadnej liczącej się grupy. Dziś zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo głupie jest takie myślenie. Przecież nasz dom, mimo, że wszyscy się bardzo kochamy i szanujemy, mógłby doszczętnie spłonąć w ciągu kilku godzin. Bezpowrotnie zostałyby zniszczone wszystkie nasze rzeczy, z telefonami na czele. Czy oznacza to, że byłabym wtedy mniej wartościowa? Przez głupi telefon? Albo spalony komputer czy nowe ciuchy? Nigdy nie chciałabym doświadczyć takiej sytuacji, ale gdyby to było możliwe chciałabym jednak tylko na malutką chwilkę sprawdzić, co wtedy stałoby się z moimi przyjaźniami. Czy zostałyby przy mnie wszystkie koleżanki, czy część nie chciałaby się już przyjaźnić z dziewczyną bez telefonu, w podarowanych ubraniach?

Pomyślałam, że przecież to, czy jakieś dzieci mają różne fajne rzeczy nie zależy tak naprawdę od nich, więc wcale nie jest ich zasługą. Nie można także obwiniać dorosłych, bo ich sytuacja też może być bardzo różna. Taka jak na przykład cioci Renaty albo tej dziewczynki z klasy, która potem gdzieś zniknęła. Czasem dorośli z wielkim trudem zapewniają dzieciom podstawowe rzeczy, nie stać ich na najnowsze telefony czy markowe buty.

Zrozumiałam, że najważniejsze jest to, jakimi ludźmi jesteśmy, czy jesteśmy w stanie podzielić się tym co mamy z tymi, których sytuacja jest trudniejsza. Czy stać nas na to, by stanąć w obronie słabszych – w klasie, czy nawet na forum szkoły? Czy przyjaźnimy się tylko z tymi osobami, które mają najnowsze gadżety?

Nigdy nie przypuszczałabym, że zwykła rowerowa wycieczka z moją siostrą doprowadzi nas do miejsc, które odwiedziłyśmy, i że spowoduje u nas takie refleksje. Muszę dodać, że i na mojej siostrze wszystko to zrobiło ogromne wrażenie. Nie wiem, czy mi się tylko wydaje, ale jakby trochę złagodniała. W drodze powrotnej oddała mi nawet swój rower, bo wie, że w moim bardzo gniecie mnie siodełko. Dłuższą część drogi wracałyśmy w milczeniu, uważając jedynie, by nie wjechać na jakiś niebezpieczny konar. Kiedy już dojeżdżałyśmy do domu nasze spojrzenia skrzyżowały się na dłużej. Znam moją siostrę i wydawało mi się, ze pomyślała wtedy to samo co ja – jak to dobrze, że mamy swój bezpieczny dom. Przy kolacji zaczęłyśmy opowiadać sobie o osobach, których sytuacja jest trudniejsza. I w mojej klasie, i w środowisku mojej siostry są takie osoby. Postanowiłyśmy, że odtąd będziemy miały dla nich o wiele więcej wyrozumiałości i będziemy stawać w ich obronie, kiedy ktoś będzie je zaczepiał.

Wkrótce odbędzie się ten turniej piłki nożnej. Mam nadzieję, że dzięki sztuczkom, które pokazał mi Paweł, uda nam się doprowadzić do zwycięstwa naszą drużynę.

Julia Gabryś, klasa VI

Szkoła Podstawowa im. Władysława Jagiełły

Śladów

*

Podoba Ci się ten artykuł?
Nawet jeśli nie, to i tak możesz polubić profil Echa Powiatu, by zmobilizować do lepszej pracy naszych redaktorów :)