Wisła – rzeka mojego życia

Echopowiatu_stanisaw_fidelis

Z kapitanem Żeglugi Śródlądowej Stanisławem Fidelisem rozmawiała Katarzyna Żakowska

Kiedy rozpoczęła się Pana wielka miłość do Wisły, która, jak dobrze wiemy, trwa do dziś?

Będąc chłopcem w wieku 8-9 lat miałem możliwość przebywania na wakacjach u moich starszych braci, którzy byli zawodowymi marynarzami na statkach parowych pasażerskich i tam właśnie złapałem tego bakcyla. Tam moje wiślane ego wrodziło się we mnie i syciło się nadwiślańską przyrodą i naturalnym pięknem rzeki. I wtedy sobie powiedziałem, że jak dorosnę, to zostanę wiślanym marynarzem. I Bóg dał, że tak się stało. Pod koniec lat 50. jeszcze nie wiedziałem nawet, na jakich statkach będę pływał, bo moja postura nie predysponowała mnie do tego zawodu. Wtedy na statki potrzeba było mężczyzn zdrowych, wysokich, silnych i dobrze zbudowanych, a ja byłem takie chucherko. Ale nadrobiłem to sprytem, wyobraźnią, umysłem. Wiem jednak, że marynarze, którzy urodzili się nad brzegiem Wisły, są ludźmi najbardziej oddanymi swojej profesji, bo są przeświadczeni o słuszności wyboru swojego zawodu, bo tak jak ich dziad i pradziad się tym trudnił, tak i oni powinni. Natomiast widziałem, że marynarzom, którzy pochodzili z głębi kraju, brakowało tego hartu ducha.

A kiedy przyszedł czas na pierwszą pracę na wodzie?

Jako 18-letni chłopak zacząłem pracę na rzece. W 1961 roku pływałem na linii Puławy-Sandomierz. W następnym roku zmieniono mi linię na Warszawa-Włocławek i zacząłem przepływać przez tereny Troszyna, Kępy Polskiej, Dobrzykowa, Płocka, Murzynowa. I tu się zatrzymywał statek pasażerski kursowy z ludźmi, którzy używali statku nie do rekreacji, ale do transportu. Bardzo często wieźli ze sobą gąskę, czasami świnkę w worku, owoce i inne płody rolne na targ do Płocka, a jak z powrotem to do Warszawy. I to było takie nasze codzienne życie.

Co zawdzięcza Pan Wiśle?

Całe moje zawodowe życie jest związane z wodą, ani chwili nie spędziłem na lądzie. Wisła może nie uczyniła nas bogaczami, ale nauczyła czegoś cenniejszego. Mnie nauczyła pokory i postrzegania, jak powinien wyglądać świat. Dzięki Wiśle wychowałem się, poznałem moją żonę Krystynę. Jest tradycja, że marynarze łączą się węzłem małżeńskim nad Wisłą. Ja trochę dalej, bo w Wołominie, tam też mój brat się ożenił. Ale i moje dzieci się na niej wychowały. Moja starsza córka Jola do dwóch lat wychowywała się na wodzie, dziś już ma 52 lata.

A czy dzieci również kontynuują wiślane tradycje i pałają tak wielką miłością do rzeki jak Pan?

Ja mam dwie córki, które od maleńka spędzały na wodzie ze mną bardzo wiele czasu. I darzą Wisłę wielkim szacunkiem, bo właśnie dzięki niej miały możliwość wyrosnąć na mądre kobiety.

Bardzo pięknie Pan deklamuje o Wiśle.

Tak, czasami mam wenę. Napisałem już dwie książki o Wiśle.

Porozmawiajmy o tych książkach.

Gdy byłem małym chłopcem, obiecałem sobie, że jak zostanę wiślanym marynarzem, to będę spisywał każdy przepracowany dzień na jakimkolwiek stanowisku. Notowałem więc, ilu ludzi przewiozłem, ile węgla, traktorów, samochodów osobowych czy wszelkich innych towarów, które się transportowało do Warszawy, Szczecina, Wrocławia. W latach 60. żegluga kwitła. I proszę państwa to się stało, dzięki mojemu uporowi, hartowi ducha wyniesionemu z czerwińskiej Wisły. Na kanwie moich zapisków sprzed 50 lat powstała poezja, która przypomina ludziom, czym była Wisła w tamtych latach. I nawet ksiądz biskup w katedrze płockiej cytuje moje książki uznając, że on też płynie i musi uważać na przeszkody wiślane, na te grzępy, na płynące stępale. Staram się pisać wierszem o Wiśle. Są nawet takie sytuacje, że mówię często, na co dzień, wierszem o rzece, a czasami drażni to moją żonę, ale prawda jest taka, że jak bym zawsze słuchał żony, to nie mógłbym być marynarzem.

Pod jakimi tytułami można znaleźć Pana pozycje książkowe?

W tej chwili w Płockim Ośrodku Kultury i Sztuki na ul. Tumskiej 2 jest do nabycie książka „Wisła – rzeka mojego życia. Ludzie i statki.”. Natomiast druga książka to „Semper fidelis Vistulae”, czyli zawsze wierny Wiśle, której dodruk jest do nabycia od początku sierpnia. Do napisania tej drugiej zainspirował mnie ksiądz Góralski i to właśnie jemu pozwoliłem, aby ułożył drugi tytuł. Książki są pisane wprost z serca, tak jak to wtedy wyglądało. I ludziom to się spodobało, to ich bawi. Miedzy poszczególnymi rozdziałami wstawiam cytaty, które sobie wymyślę, np. „Praojców i ojców naszych rzeko, dziś już suchą nogą twój grzbiet nieujeżdżony wszyscy deptać mogą”. A to jest wiersz Kochanowskiego i wtedy był XVI wiek, a dziś współcześnie również pasuje, bo problemy wiślane są podobne.

A jakie książki jeszcze w planach, bo na pewno w głowie jeszcze mnóstwo pomysłów?

Nie pani pierwsza o to pyta, i może jeszcze uda mi się coś napisać. Nie czuję się starcem, ale też nie czuję się już młodziakiem, przede mną jeszcze dużo życia, pomimo tego, że mam 76 lat i myślę, że jeszcze coś uda się spłodzić na pożytek ludzi kochających królową polskich rzek, Wisłę. Na końcu języka mam jeszcze wiele zwrotek. Najbardziej z poetów lubię Broniewskiego, który w pisaniu o Wiśle jest niezastąpiony. „Teraz dochodzę już do końca mej wiślanej drogi, na której zewsząd czai się rozpacz, o mym życiu minionym, drogim, powiedz serce i o Wiśle powiedz wszystko, a potem się rozpłacz”.

Z Wisłą pewnie związane jest wiele Pańskich wspomnień.

Ja jestem z Czerwińska nad Wisłą, a znam bardzo dużo ludzi właśnie z okolic gminy Gąbin. W Dobrzykowie mieszka jeszcze 86-letni mechanik, z którym pływałem, a w latach 80. odbieraliśmy razem ze Szczecina nowy statek. Bardzo miło jest odwiedzać ludzi, z którymi można wracać do wspomnień, do tego czasu, w którym Wisła była wszystkim. Była i nadal jest jednym z najbardziej prawdomównych świadków polskiego eposu. To jej zawdzięczamy nasz byt nadwiślański od pokoleń. Ale dzisiaj Wisła zdaje się być zapomniana i nikomu niepotrzebna. A przecież wszyscy powinni sobie zdawać sprawę, że aby by była żegluga wodna, to musi być odpowiednia droga wodna. Dawniej były przedsiębiorstwa, które udrażniały rejony dróg wodnych. I dzięki temu mogła odbywać się żegluga pasażerska. Chodziło 16 dużych parowców, np. „Bałtyk” brał na siebie 700 osób, w tym miał 108 miejsc sypialnych. Te duże statki z reguły pływały z górnikami. To były tzw. wczasy na wodzie – pracujesz na lądzie, odpoczywasz na wodzie. Były statki trasowe, duże pasażerskie, były statki kursowe, które od wieków pływały. Przed wojną była większa żegluga niż po wojnie. Przed wojną było wielu armatorów prywatnych. U nas w Płocku Stanisław Górnicki posiadał kilkanaście statków i przystanie rozmieszczone wzdłuż Wisły. Trochę nam Wisła ucieka, bo my nie potrafimy o nią zadbać. Po wojnie kraj był zrujnowany i biedny. Z drugiej strony Rusek trzymał łapę na naszym karku, a jednak Wisła była drożna. Był ruch statków pasażerskich, parowych, bocznokołowce, na którym byłem chyba jednym z ostatnich pracujących ludzi. Ja byłem wtedy najmłodszym załogantem, a w tej chwili chyba nie ma ludzi, którzy pamiętają żeglugę parową. Na takim statku parowym, który zabierał 192 osoby. Mam bardzo wielu przyjaciół nad Wisłą i każdy chce powspominać ten piękny czas, który minął. I długo by na ten temat opowiadać, ale „to se ne wrati”.

A co zrobić, aby wrócił ten czas? Jak zadbać o Wisłę?

Najpierw państwo polskie powinno pomyśleć, jak zatrzymać deficytową w Polsce wodę. Wszyscy wiedzą, że od pewnego czasu obszary polskie stepowieją, obniżają się wody gruntowe i coraz mniej tej wody płynie w Wiśle. Obowiązkiem państwa jest zabezpieczyć kraj przed powodzią, jak i suszą. Nasze obecne władze rządowe chcą przywrócić dawną potęgę żeglugi. Ale jak zawsze jest tylu zwolenników, co przeciwników, a najgorsi są ekofile. Ja znam ekologów z prawdziwego zdarzenia, którzy wiedzą, że transport wodny jest najbardziej ekologicznym, ekonomicznym i alternatywnym do kołowego. I oni wiedzą, że wszelki hałas, dymy, pyły zostają w roślinności brzegowej i nie przedostają się dalej. Natomiast nie da się tego powiedzieć o transporcie samochodowym. Jestem przekonany, że jeszcze przyjdzie czas, bo on musi przyjść! I Polacy pójdą po rozum do głowy, bo grozi nam brak wody. I najprostszym sposobem jest jej zatrzymanie. Wiśle należy poświęcić wiele czasu i mądrych decyzji roztropnych ludzi. Aby o jej potencjale decydowali ludzie, którzy znają się na hydrologii i ekonomii. Nie dopuszczajmy do tego laików. I ja z 50-letnim stażem pracy na wodzie nie chcę zabierać głosu. Ja kocham Wisłę, wiem jak wyglądają budowle hydrotechniczne, ale nie jestem hydrotechnikiem, bo każdy powinien zajmować tym, na czym się zna. Wisłą nie należy się bawić. Wisłę należy wykorzystać, ona ma przynosić dochód, dać pracę ludziom, tak jak przed wiekami. Niestety młodzi ludzie mało interesują się tematem Wisły. A przecież to im powinno zależeć aby wykorzystać potencjał gospodarczy, energetyczny i turystyczny Wisły. Powinniśmy brać przykład z Zachodu, gdzie lepiej wykorzystuje się żeglugę.

Dziękuję za rozmowę.

*

Podoba Ci się ten artykuł?
Nawet jeśli nie, to i tak możesz polubić profil Echa Powiatu, by zmobilizować do lepszej pracy naszych redaktorów :)